Po chyba dwóch latach przerwy, powróciłem do lektury Korzeni Totalitaryzmu Hannah Arendt. Zmęczyła mnie w pewnym momencie ta książka, być może za sprawą swego gęstego stylu i zawikłanej, momentami, składni. Postanowiłem jednak, że czas uporać się w końcu z jej lekturą i tak się złożyło, że natychmiast trafiłem na ciekawe fragmenty, które da się przyszyć do obserwacji naszej współczesnej (choć, mam nadzieję, już minionej) kondycji politycznej.
[…] kandydaci na totalitarnych władców zwykle rozpoczynają kariery od przechwalania się dokonanymi już zbrodniami i ostrożnego projektowania następnych. […] Zapewnienia bolszewików w Rosji i za granicą, że nie uznają obowiązujących zasad moralnych, weszły do kanonu komunistycznej propagandy, a doświadczenie ustawicznie dowodzi, iż propagandowe oddziaływanie złych uczynków i ogólnej pogardy dla zasad moralnych jest […] przypuszczalnie najsilniejszym czynnikiem psychologicznym w polityce.
W tym, że zło i zbrodnie są pociągające dla mentalności motłochu, nie ma nic nowego. Zawsze przecież wyrażał on aprobatę dla stosowania przemocy niekryjącą podziwu uwagą: „może jest to podłe, ale za to jakie sprytne”.
Hannah Arendt, Korzenie totalitaryzmu, s. 389
Przeciwnicy ustępującej (na co liczę) władzy w kraju niejednokrotnie wskazywali z oburzeniem na działania rządu związane a to z niekonstytucyjnymi działaniami prezydenta, a to z zawłaszczaniem wymiaru sprawiedliwości, innym razem z naruszaniem regulaminu sejmowego i stosowaniem rozmaitych wybiegów, aby przeforsować swoje działania (np. sławetne głosowanie w sali kolumnowej, powtarzanie głosowania pod błahym pretekstem po przekonaniu do zmiany zdania Kukiza i jego posłów czy werdykt tzw. trybunału Julii P. wydany w sytuacji, w której obowiązywał w kraju zakaz zgromadzeń, co zapewne miało, w oczekiwaniach władz, nie doprowadzić do większych protestów; jak wiemy, to akurat było oczekiwanie płonne). Liczne były też inne, naruszające demokratyczny obyczaj manewry, jak wrzucanie do ustaw zapisów prawnych dotyczących zupełnie innej dziedziny życia. I wreszcie, last but not least, pogarda dla międzynarodowego porządku prawnego, wyrażanego np. wyrokami TSUE, manifestująca się postawą: „Nie zastosujemy się do wyroku i co nam zrobicie?”.
Co jednak znamienne, wszystkie te postawy nie wywierały negatywnego wrażenia na elektoracie rządu tzw. Zjednoczonej Prawicy. I choć diagnoza Arendt mówi o działaniach dalece bardziej zbrodniczych i stosuje zbyt dosadną retorykę, to jednak wyrażona w niej zasada doskonale stosuje się do opisanej sytuacji. Władze były wręcz dumne z tego, że naginają reguły, stosują tricki i ignorują międzynarodowy porządek prawny, którego przecież są nie tylko przedmiotem, ale i podmiotem (przecież UE nie jest żadnym zewnętrznym tworem, który narzuca Polsce jakieś zasady; Polska i jej politycy zasiadają przecież w strukturach Unii i sami te zasady współtworzą). Elektorat władz natomiast nie postrzegał tego zupełnie jako siły odpychającej. Przeciwnie! – stanowiło to dla niego walor pozytywny, atrakcyjną cechę, świadczącą o skuteczności i sprycie rządzących.
Myślę, że to jeden z symptomów świadczących o tym, że odchodząca władza nosiła znamiona totalitaryzmu, co nie oznacza – rzecz jasna – że była totalitarna. Z tym się absolutnie nie zgadzam. Jednak czy mogłaby się taka stać? To pytanie pozostaje otwarte.