Gdy dwadzieścia lat temu szef powiedział mi, że jutro mam wolne z powodu bank holiday pomyślałem, że to ciekawe, że banki w Irlandii mają własne święto. Byłem wtedy młody człowiekiem na wyjeździe zarobkowym i zaskakiwało mnie mniej więcej tyle samo rzeczy, co obecnie, choć przyjmowałem to z mniejszym entuzjazmem.
Dziś wiem, że bank holiday nie oznacza jakiejś szczególnej celebry poświęconej bankom, lecz jest po prostu określeniem dnia ustawowo wolnego od pracy w krajach anglosaskich. Sam pracuję dla firmy z tego kręgu kulturowego, więc to i inne określenia stały się dla mnie ostatnimi czasy zupełnie czytelne.
Swoją drogą, to bardzo ciekawe. „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”, mówi jedno z przykazań dekalogu. Gdy na studiach rozważaliśmy je z duszpasterzem-akademikiem, który potem został jednym z bardziej znanych apostatów, doszliśmy do tego, że chodzi o stworzenie czasu wyrwanego inercji świata doczesnego, wyjętego poza logikę racjonalności instrumentalnej nastawionej na podtrzymanie własnego bytu. Świątynia wyrywa z doczesnej przestrzeni obszar, na którym działają w naszej percepcji inne prawa, obrządek zaś wyrywa z codziennego nurtu czas, w którym myślimy i funkcjonujemy w oparciu o inne, transcendentne przesłanki. Rozszerzenie tej czasoprzestrzeni sacrum na cały dzień i szerszy obszar ma miejsce jedynie czasami o podczas najistotniejszych świąt. Tradycyjnie to właśnie ten sakralny wymiar był podstawą do niepracowania w wybrane dni.
Sformułowanie bank holiday zdaje się wychodzić z zupełnie przeciwnej strony. To zupełnie zsekularyzowana legitymacja zwolnienia z pracy. Wymiar sakralny czy symboliczny jest nieistotny, istotny jest właśnie wymiar jak najbardziej przynależny do logiki codzienności. Nie pracujemy w bank holiday, ponieważ się nie da, a nie da się, bo nie pracują banki, będące podstawą nowoczesnego, opartego na anglosaskiej tradycji, ustroju wolnorynkowego. Święto nie jest tu wyborem, lecz jest swego rodzaju koniecznością.