Smutne dzięcioły

Strefy wyrębu sensu pokryły większość mapy. Całe połacie znaczeń wycięto w pień. Szukamy śladów dawnej semantyki, choćby wątłej brzozy, osiki. Szukamy, jak grzybów po suszy. Pamiętasz jeszcze, że kiedyś wstępowaliśmy na nie co krok?

Teraz możemy tylko liczyć pieńki zrąbanych drzew. Ich słoje przypominają mi stare płyty winylowe. Wybrzmiewają bezgłośnie w podcastach błędów i strat, muskane ostrymi igiełkami wiosennego słońca. Czas upływa tu cicho w głąb, koncentrycznie, ku ślepym plamkom narodzin, ku skupionej w nasionach i szyszkach potencji. Białe niebo przykrywa to wszystko, jak całun.

Przysiądźmy przynajmniej na ściętym buku czy świerku. Wypijmy ciepłą herbatę z termosu, przekąśmy kanapkę z czerstwego chleba. Pomówmy o tym i owym, zaśmiejmy się z fatalistycznego żartu. Przynajmniej tyle się nie zmieniło. Możliwość przygodnego spotkania.

Nie da się jednak nie dostrzec tej wszechogarniającej poręby. Wzrok nie ma się na czym oprzeć, przepada w przestrzeni. Smutne dzięcioły pukają się w czoła, jednak nikt ich nie słucha, nie słyszy.