Lata temu, we wczesnych latach rozwoju gamingu, powstało Master of Orion. Była to kosmiczna gra strategiczna, w której gracz rozwijał gwiezdne imperium eksploatując zasoby, badając gwiezdne układy i tocząc potyczki z innymi cywilizacjami. Zagrywałem się namiętnie w ten tytuł przynajmniej przez kilka tygodni – choć biorąc pod uwagę fakt, iż pamięć płata figle, mogło to być ledwie parę wieczorów. Nie mniej, wrażenie i sentyment pozostały.
Powodowany tymże sentymentem i miłymi wrażeniami z rozgrywki w Civilization VI sięgnąłem po Stellaris, gwiezdnego 4X-a będącego czymś jak Master of Orion do sześcianu pod względem komplikacji i złożoności rozmaitych mechanik. Ponad trzydzieści lat po emocjach związanych z władcami Oriona mogłem znów wcielić się w rolę budowniczego międzygwiezdnej potęgi – tym razem w nieporównywalnie trudniejszym wydaniu. Kilka dni temu ukończyłem wielotygodniową rozgrywkę (grając godzinkę czy dwie wieczorami po pracy trudno o szybsze uporanie się z tematem) i mam bardzo podobne konkluzje, jak po ukończeniu szóstej Cywilizacji.
Mimo że Stellaris oferuje rozmaite ścieżki rozwoju, rozbudowaną dyplomację, możliwość budowania sojuszy, federacji i rozmaitych aliansów gospodarczych i naukowych, koniec końców recepta na zwycięstwo jest – w mojej opinii – jedna, a mianowicie by całkowicie zdominować militarnie oponentów. Idea ta zawarta jest już w samej definicji gatunkowej gier strategicznych typu 4X: eXplore, eXpand, eXploit, eXterminate. Ta koncepcja jest dobrym założeniem dla konstrukcji gry, generuje zaangażowanie i wzbudza emocje, jednak zarazem programuje rozgrywkę na rozwiązania siłowe. Implementuje logikę sumy zerowej – zwycięstwo jednego jest porażką wszystkich innych. Imperium gracza musi stać się czymś w rodzaju nowotworu pożerającego galaktyczną tkankę, ponieważ jeśli powściągnie swoje zapędy, to zginie.
Stellaris daje nam do ręki mnóstwo możliwości zarządzania galaktycznym imperium, dziesiątki prostszych i bardziej złożonych mechanizmów rozgrywki, ukrytych smaczków i możliwości parametryzacji. Wszystkie one sprawiają, że każda gra jest inna. Zarazem jednak sama logika gry znosi ważność wszystkich tych niuansów, gdyż koniec końców i tak chodzi głównie o siłę ognia gwiezdnej floty.
Jeśli przyjąć, że byt kształtuje świadomość, że struktura własności, władzy i instytucji modeluje tworzone przez kulturę reprezentacje symboliczne, to – tak zupełnie przyziemnie i niekosmicznie rzecz biorąc – Stellaris jest smutną diagnozą naszej cywilizacji, nieprawdaż?