Relacje międzyludzkie to nie transakcje. W szczególności dotyczy to relacji rodzinnych. W transakcji bowiem zachodzi potrzeba adekwatnego stosunku zapłaty do korzyści, aby można było ją uznać za uczciwą. Gdy tej równoważności nie ma, któraś ze stron transakcji jest stratna.
Jeśli tak podchodzimy do miłości, czy to między partnerami, czy względem rodzeństwa, rodziców czy dzieci, to wkraczamy na niebezpieczny grunt bezustannego oceniania, czy wystarczająco dużo dajemy i wystarczająco dużo otrzymujemy i o ile w okresach wzmożenia ciepłych uczuć łatwo o inflację wzajemnych korzyści, o tyle w czasie trudności szybko staje się dotkliwa niedostateczna stopa zwrotu z inwestycji we wzajemne relacje. A takie bessy w relacjach są rzeczą naturalną i zawsze po czasach dobrych przychodzą czasy gorsze.
Już samo postawienie sprawy relacji w taki sposób wydaje mi się w jakiś sposób odpychające. Wolę myśleć o miłości, solidarności czy wzajemności raczej jak o ogrodzie, który ma wielu ogrodników. Każdy i każda z zaangażowanych osób mogą podlewać ten ogród i pielęgnować go w miarę swoich chęci i możliwości. Raczej nie będą robić tego w idealnie równych proporcjach. Istnieje nawet możliwość, że któraś z osób nie będzie angażować się w to prawie wcale, ale dopóki ktokolwiek wkłada swój trud w zapewnienie roślinom urodzaju i trwania, dopóty wszyscy mogą przychodzić do ogrodu i cieszyć się jego zielenią, zapachami, cieniem. „Ogrodnicy” mogą wciąż podnosić między sobą kwestię większego zaangażowania, ale samo trwanie ogrodu nie jest już zależne od idealnie równego podziału pracy pomiędzy nimi.
Tę samą logikę stosuję do relacji dzieci ze starzejącymi się rodzicami. W naszej mentalności pokutuje wciąż pogląd, że „skoro kiedyś przewijałam/przewijałem ci pieluchy, to teraz ty masz obowiązek zająć się mną”. Moim zdaniem twierdzenie to jest kompletnie bzdurne i zakłada właśnie traktowanie relacji jako transakcji. Przyjmijmy jednak roboczo, że faktycznie możemy wyprowadzić powinność z takiego transakcyjnego myślenia. Czy to oznacza, że zły rodzic powinien być źle traktowany przez swe dziecko na starość? Aby – że tak to ujmę – otrzymał za swą pracę adekwatną zapłatę? Nie sądzę, aby to właśnie mieli na myśli ci, którzy bronią wspomnianego sposobu myślenia o powinności względem starzejących się rodziców, a taki właśnie wniosek można przecież wysnuć z twierdzenia, że za opiekę w dzieciństwie należy zapłacić (o którą, swoją drogą, nikt przecież nie prosi, bo nikt się na ten świat z własnej woli nie wprasza, tylko jest tu sprowadzany wolą rodziców).
Jeżeli już w ogóle mógłbym mówić tu o jakimkolwiek spłacaniu długu, to powiedziałbym, że mamy obowiązek spłacić go, dając opiekę i dobre dzieciństwo własnym dzieciom. Tylko że logika transakcji kuleje również tutaj, bo przecież będąc dzieckiem przemocowych rodziców nie powinniśmy raczej spłacać własnej traumy, fundując analogiczną swoim pociechom.
Relacje jako transakcje zupełnie się dla mnie nie bronią.
Natomiast rozumienie relacji jako ogrodu działa równie dobrze także w sytuacji opieki nad starymi. Jeśli ogród, który wspólnie wyhodowaliśmy, jest bujny i zdrowy, nie to nie trzeba żądać wsparcia na starość, ani o nie prosić. Ono pojawi się samo, nie z inicjatywy rodziców, lecz z inicjatywy dzieci.