– W moim osobliwym wczoraj – odrzekłem – panował zabobon, że między każdym wieczorem a każdym porankiem następują wydarzenia, których nieznajomość jest powodem do wstydu. Planeta była zapełniona przez zbiorowe widma, Kanadę, Brazylię, Kongo Szwajcarskie i Wspólny Rynek. Prawie nikt nie znał historii wcześniejszej niż te platońskie byty, ale znał w najdrobniejszych szczegółach ostatni kongres pedagogów, okoliczności zerwania stosunków między prezydentami i pisma, jakie sekretarze ich sekretarzy redagowali z ostrożnym brakiem precyzji właściwym temu rodzajowi dokumentów.
Wszystko to czytano, żeby zapomnieć, gdyż po kilku godzinach miało zostać wymazane przez inne banały.– Jorge Luis Borges, „Utopia człowieka, który jest zmęczony” w: „Księga Piasku. Pamięć Szekspira”
Cytat ten pochodzi z tekstu napisanego w 1975 roku. Już pięćdziesiąt lat temu Borges zwrócił uwagę na absurdalność cywilizacyjnego pędu do zaspokajania zapotrzebowania na aktualne informacje, które w znakomitej większości nic dla pożądających ich osób nie znaczą. Każdego dnia zastępowane są przez kolejne, równie mało istotne dla ich jednostkowej egzystencji. Mimo to nienadążanie za pulsem bieżącego dnia uchodzi za niepoważne, jakby bycie poinformowanym w tej mało istotniej – koniec końców – domenie świadczyło o dojrzałości obywatelskiej.
Pięćdziesiąt lat, które minęły od dnia spisania tych akapitów, rozwój technologii informacyjnych, potem internetu, a potem sieci społecznościowych, popchnął ten już wówczas absurdalny popęd w stronę niemal całkowitego zwyrodnienia. Dzisiejsze portale informacyjne prześcigają się w dostarczaniu contentu, który trudno jest już nawet nazwać „informacją”. Czym bowiem są teksty, będące przedrukami postów z sieci społecznościowych, opatrzonymi zdawkowym jedynie „odautorskim” komentarzem? Bez researchu, bez weryfikacji, bez pogłębionej analizy? Czym są wiadomości preparowane na podstawie instagramowych komentarzy, traktujące o opiniach osób, których wiarygodność nie sięga nawet tak daleko, by podpisały się swoim imieniem i nazwiskiem pod publikowaną wypowiedzią? Czym są spekulacje twórców treści (bo przecież nie dziennikarzy), wyprowadzone z jakichś niepotwierdzonych informacji z drugiej lub trzeciej ręki, bez źródeł, bez rozmów z osobami, które mogą dysponować lepszą, być może bezpośrednio nabytą wiedzą? W mojej opinii, gównem.
Parę dni temu G. wróciła z wycieczki do Bolonii. Jej samolot wyleciał ze sporym opóźnieniem, spowodowanym incydentem na pokładzie. Otóż, załoga pokładowa wpuściła do maszyny kompletnie naprutego pasażera, który (jeszcze przed startem, całe szczęście) stracił kontakt z, nomen omen, nawierzchnią, zsikał się, po czym usiłował zdjąć spodnie, by jakoś rozwiązać problem swego mokrego podwozia. Typ był dość zwalisty, wskutek czego drobnej załodze pokładowej, złożonej głównie z kobiet, trudno było się go pozbyć. Trzeba było wezwać włoską policję, potem poczekać na wyprowadzenie delikwenta i nowe okienko startowe, nim wreszcie maszyna szacownych linii Ryanair mogła wzbić się w przestworza i wrócić do Polski.
Dziś natomiast w jednym z najpoczytniejszych portali informacyjnych przeczytałem tekst pt. Zamieszanie na pokładzie samolotu do Wrocławia. „Kazali usunąć nagrania”, którego tzw. redaktorka usiłowała doszukiwać się w tej prostej jak konstrukcja cepa sytuacji jakiegoś drugiego i trzeciego dna, spekulować na temat ukrytych przyczyn opóźnienia i koncentrować się na, jak rozumiem, sensacyjnej informacji, że załoga kazała pasażerom usunąć z telefonów nagrania incydentu (co zdaniem G. nie miało miejsca, pasażerowie byli przed i w trakcie interwencji poproszeni o niefilmowanie; prośbę tę, zresztą, w zdecydowanej większości zignorowali). Tak oto z prostego wydarzenia powstała gówno-treść zasilająca strumień podobnych, koncentrujących się na opisywaniu rozmaitych traum związanych z podróżowaniem samolotami. Ot, takie właśnie newsy z dupy. W porównaniu z nimi kondycja dziennikarstwa z borgesowskiego opowiadania jest niemalże godna Pulitzera.