Czytając lata temu Rękopis znaleziony w Saragossie ukształtowałem swoje skojarzenia związane z Pirenejami. Wyobraziłem sobie góry surowe i puste, odmalowane w barwach wypłowiałego pomarańczu, brudnej żółci i sepii. Wiatr hulał po pustych, ogołoconych z roślinności zboczach, turlając po przesuszonym gruncie bezlistne krzewy niczym na jakiejś meksykańskiej pustyni. Wychudzone wilki przemierzały te bezludne ugory, wyjąc do wiszącego nisko księżyca w długie i parne noce.
Wyobrażenie to było całkowicie błędne na wielu poziomach. Po pierwsze, akcja Rękopisu znalezionego w Saragossie rozgrywa się w górach Sierra Morena, nie w Pirenejach. Po drugie, również tym górom daleko do spalonego słońcem pejzażu, który odmalowałem sobie w głowie. Po trzecie natomiast, nie ma tam wilków (aczkolwiek księżyc jest i czasami nawet wisi całkiem nisko).
Koncepcja wyprawy w Pireneje narodziła się w mojej głowie już lata temu, jednak brakowało mi motywacji do wdrożenia jej w czyn. Gdy tej wiosny T. zaproponował jesienny trekking w tych właśnie górach, zdecydowałem – mimo braku żelaznej determinacji – że nie ma co dłużej zwlekać. I tak oto w pierwszej połowie września 2026 roku wyruszyliśmy na pirenejski szlak. Ale – po kolei.
7 września. Do Lourdes
Pireneje rozciągają się na długości około 450 km – od Zatoki Biskajskiej po Morze Śródziemne. Leżą na granicy Hiszpanii i Francji oraz obejmują całe państwo Andory. Stanowią naturalną granicę między Półwyspem Iberyjskim a resztą Europy. Najwyższym szczytem jest Pico de Aneto, mający około 3400 m n.p.m., jednak – rzecz jasna – nie całe pasmo jest aż tak wysokie. Mimo to pasmo Pirenejów stanowiło historycznie poważną przeszkodę do pokonania, kształtując historię Półwyspu Iberyjskiego i południowej Europy.
Planując wyprawę, musieliśmy zastanowić się, czy będziemy wędrować raczej po francuskiej, czy może po hiszpańskiej stronie masywu. Decyzja była istotna zarówno w kontekście dojazdu do punktu startowego jak i logistyki wędrówki. Szybko okazało się, że Francja jest tu znacznie lepszym wyborem. Po pierwsze, relatywnie łatwo da się dotrzeć z Polski popularnych i malowniczych rejonów Parku Narodowego Pirenejów, a po drugie można sporo zaoszczędzić na noclegach, bowiem przepisy dopuszczają tam nocowanie pod namiotem niemal w dowolnym punkcie parku.
Spakowani i wyposażeni w racje żywnościowe na cały tydzień, namiot i sprzęt obozowy, wyruszyliśmy najpierw do Krakowa, gdyż z tamtejszego lotniska można dostać się do Lourdes. Ta popularna destynacja dla pielgrzymek leży u podnóża Pirenejów. Na niewielkim lotnisku położonym nieopodal miasta lądują tanie linie lotnicze oraz loty wewnętrzne. Był to pierwszy etap naszej podróży. Ponieważ lot odbywał się wieczorem, zmuszeni byliśmy przenocować właśnie w Lourdes.
Po wylądowaniu dało się zaobserwować cztery fakty. Pierwszy: temperatury są zdecydowanie letnie, mimo że w Polsce czuć już wyraźnie jesień. Drugi: lotnisko sprawia wrażenie bezobsługowego, niczym Żabka Nano. Trzeci: we Francji dobrze jest znać francuski, bo ze znajomością angielskiego jest tak sobie. Czwarty: autobusy czasami jeżdżą poza rozkładem.
Ten ostatni fakt był miłym zaskoczeniem. Z rozkładu wynikało bowiem, że będziemy musieli czekać półtorej godziny na transport z lotniska, tymczasem autobus pojawił się już po kilku minutach. Sympatyczny kierowca skasował od wszystkich zainteresowanych po 2 euro, po czym dowiózł podróżnych do Lourdes.
Naszym noclegiem był hotelik Hotel du Commerce et de Navarre w samym centrum miasta, 10 minut drogi spacerkiem od węzła komunikacyjnego przy dworcu kolejowym, gdzie wysiedliśmy z autobusu. Był to obiekt bardzo przytulny, jednak nadgryziony już zębem czasu. Zakwaterowaliśmy się w niewielkim, dwuosobowym pokoiku. Było parno, gdyż pomieszczenie było nieklimatyzowane. Nie przeszkadzało nam to za bardzo. Wziąłem prysznic i w samych galotach zainstalowałem się na południową modłę pod cienkim prześcieradełkiem, używanym do przykrywania się zamiast koca czy kołdry. W panujących tam temperaturach jest to zupełnie wystarczająca ochrona przed chłodem. Z ulicy dobiegał jeszcze gwar, mimo poniedziałku nocne życie przygasało powoli. Nie przeszkadzało nam to jednak zbyt bardzo. Zmęczeni całodzienną podróżą, szybko zapadliśmy w sen.
8 września. Mgły nad Lac d’Estom
Historia Cauterets – miasteczka, z którego wystartujemy na szlak – sięga czasów rzymskich. Wykorzystywano wówczas jego gorące źródła w celach leczniczych. W XI wieku istniało tam opactwo z przyległą zabudową, w XVI wieku miejscowość zyskała popularność jako uzdrowisko. Jej największy rozkwit nastąpił jednak w XIX wieku, gdy rozwój kolei i mody na kuracje termalne przyciągnął arystokrację, artystów oraz polityków. Z tego okresu pochodzą eleganckie hotele, wille i zabytkowa drewniana stacja kolejowa – w moich oczach wyglądająca raczej jak żywcem wyjęta z Dzikiego Zachodu – a w XX wieku Cauterets rozwinęło się także jako ośrodek narciarski.
Do miasteczka dotarliśmy autobusem z Lourdes. Po wczesnej pobudce oraz francuskim śniadaniu w przytulnej hotelowej jadalni, złożonego z croissanta, bagietki z dżemem, jogurtu i kawy, udaliśmy się na dworzec, gdzie złapaliśmy lokalną komunikację za 2 euro od osoby. Trzeba przyznać, że transport publiczny we Francji jest całkiem niedrogi.
Odnalezienie szlaku zajęło nam dłuższą chwilę, musieliśmy bowiem wydostać się z malowniczej, gęsto zabudowanej starówki w stronę zachodnich zboczy. Mimo września, pogoda była jeszcze letnia. Korzystaliśmy z cienia, który dawały nam ściany budynków w wąskich uliczkach zabytkowej zabudowy, jednak z każdą chwilą robiło się coraz bardziej parno. Wreszcie wydostaliśmy się ponad zabudowania, zostawiając Cauterets przycupnięte w swojej dolince za nami i ruszyliśmy ku Lac d’Estom.
Wędrówka była łatwa i przyjemna. Gęsty las zapewniał cień, od czasu do czasu wychodziliśmy na odkryte polany, na których wypasało się bydło i konie. To był nasz pierwszy kontakt z tym powszechnym w Pirenejach obrazkiem, góry te są bowiem intensywnie wykorzystywane właśnie pod wypas. Powoli, lecz konsekwentnie zyskiwaliśmy wysokość.
W którymś momencie urwał się zasięg telefonii komórkowej. Było to dość nagłe i zaskakujące. Pireneje są jednak rozległe, a ich doliny długie i dość strome. Mogliśmy się spodziewać, że sygnał może stracić siłę w każdej chwili. Przeoczyłem jednak ten moment, pozostając bez możliwości wysłania wiadomości rodzinie. Ta niedogodność będzie mnie męczyła przez kolejne dwa dni.
Dwudziestokilogramowy plecak nieco ciążył. Kondycyjnie byłem dobrze przygotowany. Regularne ćwiczenia i biegi na 7 kilometrów dały mi solidną podbudowę pod wymagania wyprawy, mimo to taki balast nie jest czymś, co można łatwo zignorować. Dyskutowaliśmy tę sprawę z T., który zwrócił uwagę na ciekawą analogię: trekking z plecakiem przypomina trochę równanie rakietowe Ciołkowskiego. Mówi ono – w dużym przybliżeniu – że im bardziej chcemy rozpędzić rakietę, tym więcej potrzebujemy paliwa, a im więcej wieziemy paliwa, tym trudniej rozpędzić rakietę. Wędrowiec z kolei potrzebuje kalorii. Im dalej chce zajść, tym większe zapotrzebowanie. Kalorie jednak ważą, a co za tym idzie powodują większe zmęczenie (czytaj: spalanie). Ostatecznie daje nam to więc pewien optymalny możliwy dystans do pokonania w trakcie typowej trekkingowej wyprawy bez możliwości zakupu żywności po drodze.
My, rzecz jasna, mieliśmy możliwość zakupu jedzenia w schroniskach (zwanych w Pirenejach refuge), jednak założenia eskapady zakładały jak największą oszczędność, zatem woleliśmy możliwie w jak największym stopniu polegać na własnych zapasach.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Refuge d’Estom, położonego malowniczo nad jeziorem Lac d’Estom. Strome zbocza wznosiły się wokół niczym nad polskim Morskim Okiem, było jednak bez porównania mniej osób, mimo że wciąż przebywaliśmy w często odwiedzanym rejonie. Wypiliśmy tam kawę, po czym odszukaliśmy nas nocleg – cabanę. Cabana to prosty, spartański schron dla turystów oraz pasterzy. Wędrując po Pirenejach, można spać w takich miejscach, o ile nie są już zajęte przez kogoś innego. Ta położona nieopodal Lac d’Estom oznaczona była jako obiekt do użytku personelu schroniska. Jednak we wrześniu Refuge d’Estom nie jest już oblegane. Mój „wewnętrzny Asperger” nie dałby mi jednak spać spokojnie, gdybym nie zapytał, czy na pewno możemy przenocować w cabanie. Spałbym w trybie standby, oczekując, że w każdej chwili pojawi się ktoś, kto zechce nas stamtąd eksmitować. Cofnąłem się zatem i zapytałem miłej pani w schronisku, czy nie ma nic przeciwko temu. Nie miała. Przy okazji potwierdziła drugie założenie naszej wyprawy, że na terenie całego Parku Narodowego Pirenejów można legalnie nocować pod namiotem pod warunkiem, że rozbije się obóz po godzinie 19:00 i zwinie go przed 9:00 rano.
Gdy pichciliśmy nasz pierwszy posiłek (w moim przypadku było to liofilizowane spaghetti carbonara), przyszły owce. Była ich chyba setka.
– Ich nogi są zbyt cienkie – zaobserwowałem. Nigdy wcześniej jakoś nie zwróciło to mojej uwagi, na jak wątłych nóżkach owce noszą swe ciała.
– Tak – zgodził się T. – A głosy niegodne.
Faktycznie. Było coś komicznego w ich żałosnym beczeniu, jakby skarżyły się na fakt, że tam jesteśmy. Mimo to sympatycznie było patrzeć na stado, na wewnętrzne relacje tych łagodnych przeżuwaczy.
Nim zapadł zmierzch, naciągnęła chmura. Na tej wysokości (Lac d’Estom leży ok. 1800 metrów n.p.m.) po prostu spowiła nas jak gęsta, nieprzenikniona mgła. Widoczność spadła do kilkudziesięciu, a momentami kilkunastu metrów. Świadomość czterech solidnych, betonowych ścian, dających nam schronienie, okazała się bardzo krzepiąca.
9 września. Przez płaskowyż jezior
Od rana lało jak z cebra, potem deszcze przeszedł w drobną, gęstą mżawkę, wreszcie w mgłę. Mokre i smętne owce pobekiwały żałośnie, gdzieś nieopodal muczeniem odpowiadały im krowy. Polana, na której stała nasza cabana, była usłana rozmokniętym gównem. Trzeba było stąpać z wielką ostrożnością, aby nie zapaskudzić sobie bieżników.
Wciąż nie było zasięgu i martwiłem się. Moje ostatnie wiadomości do rodziny nie miały większego sensu, nie zapowiadały też dłuższej ciszy w eterze. Kiedyś, w czasach, gdy komunikowaliśmy się przy użyciu budek telefonicznych raz czy dwa na tydzień, przerwa w łączności nie stanowiła powodu do obaw. Czasu się jednak zmieniły.
Śniadanie, złożone z płatków owsianych na rzadkiej błyskawicznej kaszce bananowej, batonów z racji żywnościowych oraz kabanosów, okazało się zbyt obfite i niesmaczne, aby je w siebie wepchnąć. Nawet przy użyciu kawy. Mój dzienny przydział energii zakładał minimum 3300 kalorii, na tyle obliczone miałem porcje, w skład których wchodziły jeszcze orzechy oraz racje liofilizowane do rozrobienia wrzątkiem. Pierwsze śniadanie w terenie ujawniło, że trudno będzie sprostać tej normie z tej choćby przyczyny, że część posiłków okazała się koszmarnie niesmaczna. To nauka, którą potem odnotuję sobie na przyszłość, również w kontekście kompletowania plecaka na czarną godzinę.
Gdy ruszaliśmy na szlak około dziewiątej rano, powoli zaczynało się przecierać. Nim pierwsze połacie błękitu przebiją się przez warstwę chmur, minie jeszcze kilka godzin, nie mniej nie musieliśmy wędrować w deszczu, co było nutą optymizmu tego skądinąd dość ponurego poranka. Wędrowaliśmy wąską ścieżką o niewielkim, lecz stałym nachyleniu w górę. Naszym planem było wspiąć się 1000 metrów w górę na płaskowyż z zespołem malowniczych jezior Lac de Labas, Lac des Oulettes oraz Lac Glace, otoczonych szczytami sięgającymi nawet ponad 2900 metrów n.p.m. W dolnej partii szlaku mieliśmy nawet eskortę w postaci stada owiec. Była to eskorta w pewien sposób wymuszona, owce bowiem wyraźnie próbowały przed nami uciec, pech jednak chciał, że uciekały dokładnie tam, dokąd szliśmy, czyli wzdłuż szlaku. Zupełnie na jak na filmach akcji, gdy to bohaterowie czmychają przed ścigającym ich zagrożeniem przed siebie, a nie w bok, by zejść z trajektorii ataku. Cóż, owce inteligencją nie grzeszą.
Swoją drogą, nim dotarliśmy do owiec, zgęstniało znacznie natężenie owczych bobków na szlaku, a w mokrym gruncie tu i ówdzie dało się dostrzec odciski parzystych racic. Z tropów można wiele wyczytać. Można zaryzykować stwierdzenie, że tropienie to forma uproszczonej metody naukowej, pozwalającej z zastanych znaków wyczytać zarówno przeszły stan rzeczywistości, jak i zapowiedź przyszłych wydarzeń. Arthur Conan Doyle określał zresztą mianem „metody naukowej” opartą na dowodach metodę wnioskowania, którą posługiwał się stworzony przezeń Sherlock Holmes. Tropienie i śledztwo mają ze sobą wiele wspólnego. Z nauką, jak się okazuje, również.
Wspomniałem, że owce uciekały przed nami. Sformułowanie to jest nieco mylące. Owszem, szły w stronę przeciwną do tej, z której nadchodziliśmy, a zatem kierowały się dokładnie tam, gdzie i my chcieliśmy dojść, robiły to jednak niemożliwie niemrawo. Sformułowanie „owczy pęd” zyskało dla mnie wymiar ironiczny.
Rozmyślania o naturze czytania śladów nie na wiele się jednak zdały w kwestii trzymania się szlaku, wkrótce powiem zgubiliśmy się, podążając za piramidkami kamieni, które okazały się piramidkami widmowymi lub co najmniej zwodniczymi, jeżeli przyjąć, że jednak nam się nie uroiły. Szczęściem sygnał geolokalizacji działał, dzięki czemu udało nam się ustalić naszą prawdziwą pozycję względem szlaku i skierować się we właściwą stronę. Naszła mnie wówczas konkluzja, nie po raz pierwszy zresztą, że polskie szlaki turystyczne są nieporównywalnie lepiej oznakowane niż większość turystycznych dróg górskich na świecie. Pirenejskie oznakowanie momentami w istocie wymagało umiejętności detektywistycznych, o czym mieliśmy się jeszcze przekonać.
Żmudna wspinaczka na pułap około 2800 metrów n.p.m., z krótką przerwą na drugie śniadanie i kawę, zajęła nam większość dnia. Było już popołudnie, gdy przeszliśmy przewyższenia i zaczęliśmy schodzić w dół pomiędzy zboczami Pic d’Estom Soubiran i Pouey Mourou (obu wznoszących się powyżej 2800 metrów n.p.m.). W drodze na dół ku szlakowi GR10, którym zamierzaliśmy zejść do jeziorka w Vallée d’Ossau, natknęliśmy się na stado sępów żerujące na martwej owcy. Plamy krwi znaczyły ostatnie kroki zwierzęcia, które najwyraźniej spadło ze stromej ścieżki i zdołało przejść jeszcze kilkanaście metrów, nim wyzionęło ducha. Skrzek i ochrypłe krzyki ptasie zwiastowały, że coś się dzieje przed nami, potem z oddali obserwowaliśmy scenę niczym z National Geographic, a następnie zorientowaliśmy się, że nasz szlak wiedzie dokładnie obok żerującego konklawe. Nie powiem, przemknęło mi przez głowę, czy ptaszory nie zrobią się agresywne, były bowiem potężne. Sprawdziłem potem, że były to najpewniej sępy płowe, których rozpiętość skrzydeł waha się zazwyczaj między 2,4 a 2,8 metra. Na żywo, w swym naturalnym środowisku, bestie te robiły duże wrażenie. Ich sylwetki przypominały nieco małe szpetne smoki.
Droga w dół była długa i męcząca. Zaczynało już robić się szaro, gdy dotarliśmy do naszego kolejnego noclegu. Była nią uszkodzona, lecz funkcjonalna cabana przy tamie nad jeziorkiem d’Ossou. Oprócz nas nocowała tam jeszcze jedna osoba, na oko sześćdziesięcioletnia kobieta o aparycji bezdomnej szarej myszy. Jej legowiskiem był mały, jednoosobowy namiocik, który rozbiła na betonowej posadzce cabany. Przypomniało mi to podobną akcję, którą wykonaliśmy przed laty z G. w Transylwanii, gdzie przyszło nam spać na poddaszu budynku gospodarczego przy schronisku górskim, w którym zabrakło dla nas miejsca. Z tą różnicą, że w Rumunii było nieporównywalnie zimniej.
Kobieta wyznała, że od przejścia na emeryturę wędruje po Półwyspie Iberyjskim z zamiarem zaliczenia wszystkich (wszystkich!) szczytów w Hiszpanii i Francji. Nazajutrz wybierała się na Vignemale, najwyższy szczyt w okolicy, mierzący 3298 metrów n.p.m. Była absolutnie zdeterminowana, aby to zrobić. A obuta była w kalosze. Kalosze!
Do teraz nie wiem, czy była tak pewna swego, czy po prostu szalona.
Przez całą noc w cabanie dokazywała polna mysz. Wspinała się po ścianie i wchodziła do środka przez stłuczone okno. Szelest toreb ze śmieciami, które przed nami pozostawili tu jacyś nieporządni wędrowcy, wybudzał mnie przez całą noc. Mimo to, o dziwo, zbudziłem sie wypoczęty.
10 września. Piękne Gavarnie i pięciogwiazdkowa cabana z widokiem na Szczelinę Rolanda
Jakże inny przywitał nas poranek! Trawy srebrzyły się, ścięte przygruntowym przymrozkiem, ale niebo było bezchmurne i czyste. Słońce powoli wyłaniało się zza pirenejskiego masywu i gdy już jego promienie padły na Vallée d’Ossau, szybko zrobiło się ciepło. Nasza tajemnicza sublokatorka wyruszyła w drogę już nad ranem (mowa o Szkotce, nie myszy), my zaś zdecydowaliśmy, że pójdziemy prostą drogą do Gavarnie, by odzyskać siły po wczorajszym, forsownym marszu.
Gavarnie to niewielka górska wioska, położona na wysokości około 1350 m n.p.m. tuż przy granicy z Hiszpanią. Jest niewielka, lecz tłumnie odwiedzana przez turystów ze względu na swe malownicze położenie. Słynie przede wszystkim z Cyrku Gavarnie – ogromnego polodowcowego kotła o ścianach wysokich na półtora kilometra, który Victor Hugo nazwał ponoć „Koloseum natury”. W cyrku spada Wielka Kaskada, licząca blisko 420 m wysokości i uważana za jeden z najwyższych wodospadów w Europie. Charakterystycznym punktem topografii rozpościerającej się nad Gavarnie jest natomiast Brèche de Roland – szczelina skalna, którą według legendy wyciął mieczem swym mieczem Durendalem rycerz Roland. Ten z Pieśni o Rolandzie.
Początek zejścia do Gavarnie wiódł szeroką, malowniczą doliną. Na zielonych zboaczach pasły się owce i krowy, tu i tam dokazywały świstaki. Szerokim lejem pomiędzy zboczami śmigłowiec transportował paki z zaopatrzeniem do wysokogórskiego schroniska Refuge Bayssellance, położonego pod samym podejściem na Petit Vignemale, niższą siostrę wspominanego wcześniej najwyższego szczytu w okolicy (mierzącą 3032 m n.p.m.). Potem przekroczyliśmy rzeczkę drewnianym mostkiem i wędrowaliśmy skrajem zbocza słonecznym laskiem, w zasięgu słuchu wciąż mając szemrzący nurt. To było spokojne, sielankowe wręcz zejście.
Wkrótce złapałem też zasięg i mogłem wysłać rodzinie informację, że żyję i mam się dobrze.
Do Gavarnie dotarliśmy wczesnym popołudniem, odsapnęliśmy, wypiliśmy kawę w kawiarni i przegryźliśmy croissanta. Siedząc na tarasie lokalny, spoglądałem na górujący nad nami amfiteatr zboczy. Istotnie, robił imponujące wrażenie – milczące olbrzymy, zatopione w czasie geologicznym, spoglądały na życie wioski, frenetyczne drgnienia nieistotnych istnień, znacznie bardziej kruchych, niż wapień, bazalt czy granit.
Nasz nocleg nie wypadał jednak w Gavarnie. Zaplanowaliśmy spanie w okolicznej cabanie, położonej na rozległej hali pod Pic Rouge de Pailla, nieopodal Refuge des Espuguettes. Musieliśmy więc podejść znów nieco wyżej, na poziom około 1750 metrów n.p.m., co w upale, jaki się rozbuchał, było nieco uciążliwe. Nie mniej, było bardzo warto! Był to bowiem najlepszy schron spośród dotychczas odwiedzonych, przestronny, czysty, z funkcjonującymi drzwiami, okiennicami o (uwaga) podestem do spania wyłożonym deskami. Jednak nie to, a widoki sprzed cabany sprawiły, że była ona wyjątkowa. Z progu budyneczku podziwiać można było Cirque de Gavarnie z malowniczą Breche de Roland, masywne zbocza okolicznych szczytów, rozległą halę pełną owiec i krów, a także spoglądające na nas z góry schronisko, którego światła po zmroku prowokowały pytania: Kto tam śpi? O czym myśli? O czym marzy? Czy też na nas patrzy?
Pytanie na marginesie dnia: Mijane krowy i owce noszą na szyjach dzwoneczki. Dzwoneczki dzwonią przy każdym ich ruchu. Jak te biedne stworzenia dają rade nie wpaść w obłęd przy tym ciągłym dzwonieniu? Może są głuche? Bo jeśli nie, to szczerze im współczuję. Tam wszystko dzwoniło, jakby góry wzywały na mszę.
11 września. Na manowce
Zasypialiśmy przy dźwięku dzwonków i zbudziliśmy się przy dźwięku dzwonków, bowiem cabana pod Refuge des Espuguettes znajdowała się pośrodku rozległego pastwiska. Różnica była taka, że wieczorem otaczały nas owce, rano zaś wokół schronu pasły się krowy.
Pogoda tamtego poranka była znakomita. Posililiśmy się, spakowaliśmy i ruszyliśmy w drogę. Plan był prosty, choć ambitny: trawersujemy ku Cirque szlakiem wiodącym do wodospadu le Grande Cascade, przechodzimy przez kotlinę, a następnie rozpoczynamy żmudną wspinaczkę ku Refuge des Sarradets, leżącemu pod samą Szczeliną Rolanda. Tam robimy popas, podziwiamy widoki, a następnie ruszamy graniami i szczytami ku dolinkom strumieni Rau de Sausse i Rau de Lourdes, gdzie znajduje się cabana, w której rozbijamy obóz. Droga długa, ale nie dłuższa niż ta, którą pokonaliśmy dwa dni wcześniej. Proste.
Okazało się jednak, że Pireneje pokazały nam figę z makiem.
Wszystko szło zgodnie z planem do momentu, w którym rozpoczęliśmy wspinaczkę ku Refuge des Sarradets. Tam bowiem, już na samym początku, pomyliliśmy szlak i zamiast właściwą trasą, poszliśmy starym, zamkniętym wariantem, używanym chyba wyłącznie przez pasterzy. GPS zdawał się początkowo sugerować, że idziemy dobrze, mimo że oznaczenia na szlaku wskazywały coś zupełnie przeciwnego, przed nami zaś inna grupa turystów również szła tą samą drogą, na którą zapuszczaliśmy się my. Półtorej godziny wspinaliśmy się coraz bardziej stromą i niebezpieczną ścieżką, minęliśmy niemal wyschnięte koryto wodospadu, przy którym pasła się samotna, okulawiona owca, nim wreszcie zdecydowaliśmy się na odwrót. Podczas drogi powrotnej spotkaliśmy wspomnianą grupę, która również doszła do wniosku, że należy wrócić.
Jeśli miałbym zrekonstruować anatomię pomyłki, przedstawiałaby się ona mniej więcej tak. Przede wszystkim, zignorowaliśmy GPS. Według jego wskazań, początek błędnego szlaku przebiegał dokładnie tak, jak powinien przebiegać szlak właściwy, potem jednak pojawiała się rozbieżność. Gdy myślę o tym później, rozumiem, na czym polegał błąd: drobna niedokładność przestrzenna w połączeniu z nieuwzględnieniem wymiaru pionowego. Generalnie rzecz biorąc, początkowo szliśmy dobrze, jednak o jedną warstwę skał niżej, niż powinniśmy, co potem uniemożliwiało nam skręcenie we właściwą stronę i kierowało z dala od właściwego szlaku. Po drugie, zasugerowaliśmy się innymi ludźmi, zakładając, że wiedzą, dokąd idą. Jak się później okazało, oni to samo myśleli na nasz temat. Po trzecie wreszcie, wydawało nam się, że wciąż widzimy szlak, podczas gdy to raczej nasze mózgi starały się dostrzec turystyczną trasę w przypadkowych przerzedzeniach łąki i owczych ścieżynach.
Straciliśmy łącznie trzy godziny i nie było już mowy o wędrówce oryginalną drogą. Zdecydowaliśmy się więc na powrót do Gavarnie, krótki odpoczynek przy bezalkoholowym piwie i kawie, a następnie wędrówkę ku Vallée d’Ossau tym samym szlakiem, którym wczoraj przyszliśmy.
Słońce opadało już ku graniom i długie, szare cienie zaczynały kłaść się na dolinę, gdy dotarliśmy do cabany położonej przy lądowisku helikoptera, które mijaliśmy poprzedniego dnia. Tam zastaliśmy Nicolasa, Francuza z Lyonu na samotnym trekkingu. Wieczór zapadał sielankowy i cichy. Spędziliśmy przyjemny czas na rozmowach, odpoczynku i popijaniu herbaty. Mimo wszystko daleko zaszliśmy, nazajutrz zaś czekała nas wspinaczka na Petit Vignemale.
12 września. Mały trzytysięcznik i dolina hippisów
Dzień zacząłem wcześnie, jeszcze przed świtem. Słońce dopiero wstawało zza górskich grani, gdy oklejałem odciski na palcach stóp, siedząc na przerzuconym przez strumień mostku. Są dwie szkoły postępowania z odciskami: zostawić je nabrzmiałe do wchłonięcia przez tkanki lub rozcięcie, odsączenie i porządna dezynfekcja. Ta druga uchodzi – według mojej wiedzy – za niepoprawną i ryzykowną. Jest jednak skuteczna i daje natychmiastowy skutek. Oczywiste więc było, że zastosowałem właśnie kurację przez rozcięcie.
Podejście na Petit Vignemale postanowiliśmy rozpocząć inaczej, niż wszystkie poprzednie dni wędrówki. Zamiast pełnego śniadania wypiliśmy tylko poranną kawę i od razu ruszyliśmy na szlak, pożegnawszy się wpierw z zakopanym jeszcze w śpiwór Nicolasem. Szło się szybko i raźno, piękny, pogodny dzień wstawał nad Vallée d’Ossau, nad wieńczącą dolinę tamą i spiętrzonym za konstrukcją jeziorem.
Śniadanie zjedliśmy w terenie, będąc już całkiem wysoko, nieopodal kaskady, którą strumień Ruissau des Oulettes, wypływający wysoko nad nami z lodowca Ossoue pod Vignemale, spadał ku pozostawionej za nami dolinie.
Podejście było tego dnia długie i nużące. Znaliśmy je już, gdy schodziliśmy tą samą trasą trzy dni wcześniej. Tym razem jednak byliśmy jeszcze relatywnie wypoczęci, inaczej niż tamtego dnia. Sprzyjała nam pogoda, a przed sobą mieliśmy perspektywę stanięcia na malowniczym trzytysięczniku. Nic dziwnego, że szło nam się znacznie lepiej.
Było wczesne popołudnie, gdy dotarliśmy wreszcie do Refuge de Baysellance, schroniska położonego pod podejściem na Petit Vignemale. Ten nieduży, kamienny budynek wzniesiono na wysokości 2651 metrów n.p.m. u schyłku XIX wieku, a odnowiono na początku wieku XXI. To jeden z ważniejszych punktów na turystycznej trasie GR10 i najwyżej położone schronisko w Pirenejach. Klimacik przygody od razu dało się wyczuć; turyści posilali się serwowanymi z kuchni daniami lub własnymi racjami żywnościowymi przed wyruszeniem na szczyt, napełniali bidony wodą z udostępnionego publicznie kranu (my czerpaliśmy wprost ze strumieni i odkażaliśmy tabletkami), palili fajki, popijali piwo. Nieopodal schroniska, na płaskiej łączce, widniały puste o tej porze okręgi kamieni – stanowiska na namioty dla tych, którzy woleli taką formę noclegu zamiast spania w budynku, albo dla których zwyczajnie zabrakło miejsca.
Odpoczynek nie trwał długo. Zjedliśmy przekąski, popiliśmy je zakupioną w Baysellance kawą, którą zaserwowano nam w czarkach na zupę (!), po czym ruszyliśmy na przełęcz pod szczytem. Tam porzuciliśmy ciężkie plecaki pod okolicznym głazem narzutowym (zaobserwowaliśmy, że była to tam powszechna praktyka), po czym ruszyliśmy na szczyt. Podejście było forsowne, ale niezbyt długie i wkrótce stanęliśmy na wysokości 3032 metrów n.p.m.
Zdaje się, że był to mój drugi trzytysięcznik i druga najwyższa góra, na którą udało mi się wspiąć. Mimo że w Himalajach wędrowałem znacznie wyżej, to jednak nie wszedłem tam na żaden szczyt, czego trochę żałuję.
Warto tu wspomnieć, że w drodze na szczyt minęliśmy się ze schodzącą z góry wyprawą osób niepełnosprawnych, które zdobyły Petit Vignemale w protezach jednej, a czasami obu nóg. Ba, były i takie, które nie posiadały ani jednej kompletnej kończyny. Obserwowanie ich uczyło pokory, ale też dawało inspirację, by przeć przed siebie mimo przeciwności.
Od tego momentu wyprawy droga wiodła już tylko w dół. Wróciliśmy po plecaki i ruszyliśmy długim, żmudnym i dość stromym zejściem ku kotlince, na skraju której przycupnęło schronisko Oulette de Gaube. Było to przeciekawe, sielankowe miejsce. Schronisko stało – jak wspomniałem – na skraju kotlinki, na niewielkim wzniesieniu. Przed nim rozpościerało się rozległe plateau, poprzecinane strumieniami i usłane płaskimi łachami soczyście zielonej roślinności. Tu i tam ludzie zaczynali rozbijać namioty, mimo że nie było jeszcze godziny 19:00. Gdzieś w oddali pasły się konie, tu i tam turyści zdejmowali buty i brodzili po kolana w wodzie. Na tarasie schroniska ludzie jedli, popijali kawę lub piwo, rozmawiali, grzejąc się w ostatnich promieniach gorącego popołudnia. Klimat w duchu dzieci-kwiatów. Brakowało tylko jednorożców i tęczy. A nad tym wszystkim górowały strzeliste szczyty Vignemale i jej mniejszej siostry.
Byłem zdania, że to znakomite miejsce na nocleg, jednak T. był innego zdania. Obawiał się, że namiot okaże się dla nas zbyt ciasny, a ponieważ to on nosił go na swoim grzbiecie i był jego właścicielem, uznałem, że jego głos waży więcej. Ruszyliśmy więc w dół, z powrotem ku Cauterets, do którego jednak mieliśmy dotrzeć dopiero nazajutrz. Dziś chcieliśmy zatrzymać się w cabanie nieopodal jeziora Lac de Gaube, mniej więcej w połowie drogi do miasteczka.
Marsz dłużył się już, cienie wydłużyły się, a popołudnie powoli zaczynało przechodzić w zmierzch, gdy wreszcie dotarliśmy do celu. Okazało się jednak, że cabana była zajęta. Grupa młodych Francuzów urządzała sobie w niej spotkanie, a ponieważ w cabanach obowiązuje prawo pierwszeństwa, zostaliśmy skazani na namiot. Cóż, widocznie tak miało być.
13 września. Znów w Cauterets
Wstałem o 7:30, bo dłużej spać już się nie dało. Dniało, ja zaś byłem wyspany, mimo że ścierpnięty. Chiński namiot dwuosobowy jakoś pomieścił nas obu wraz z bagażem, ale o komforcie, faktycznie, nie można było mówić. Mimo to czułem się wypoczęty. T. zaś spał dalej, gdyż nie spał zbyt dobrze w nocy. T. w ogóle miewa problemy z utrzymaniem snu.
Gdy wreszcie wstał, zrobiliśmy śniadanie i zwinęliśmy nieśpiesznie namiot, po czym ruszyliśmy spokojnym krokiem w dół doliny.
Lac de Gaube leży nieopodal Cauterets i szybko dało się to poznać po tłumach. Już w okolicach jeziora na szlaku zrobiło się dość tłoczno i poczuliśmy się trochę jak w Dolinie Kościeliskiej. Odechciało nam się nawet pozdrawiać mijanych wędrowców uprzejmym „Bonjour!”. Swoją drogą, to ciekawe, że po stronie hiszpańskiej naturalnym pozdrowieniem jest nieformalne „Hola!”, po francuskiej natomiast poruszamy się w obrębie bezpiecznego i zdystansowanego „dzień dobry!”. Jeżeli granice naszego języka są granicami naszego świata, jak chciał Wittgenstein (choć mówił to w dość konkretnym, logiczno-filozoficznym kontekście), to granice świata francuskiego wydają się ciaśniejsze i bardziej sformalizowane, niż jego południowego sąsiada.
Mimo wszystko zejście nie było super proste. Było dość długie, o stałym nachyleniu, zaś nasze kolana miały już skumulowany wysiłek sześciu dni marszu, niemal stu kilometrów oraz 6,5 km przewyższeń. Tego dnia musieliśmy zejść jeszcze około pół kilometra w dół i moje odciski nie były z tego powodu szczęśliwe.
Wreszcie dotarliśmy do Cauterets. Weszliśmy do miasteczka inną drogą niż ta, którą wyszliśmy i było to lepsze rozwiązanie, niż powtarzanie w odwrotną stronę swych kroków sprzed tygodnia. To drugie byłoby chyba podszyte zbyt wyraźnie odczuwalną nostalgią. Początek naszego trekkingu – mimo że miał miejsce tylko tydzień temu – wydaje się odległy i nierzeczywisty, jakby przynależał do jakiejś innej linii życia. Nie lubię wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, nie lubię wracać do doświadczeń, które już minęły, w właściwym dla siebie czasie i właściwym dla siebie kontekście. W wędrowaniu z plecakiem to zawsze lubiłem najbardziej – poczucie marszu przed siebie, odchodzenia z miejsc, w których spędziliśmy noc i niewracania do nich do końca podróży. Poczucie jednokierunkowości i nieodwracalności, które – paradoksalnie – dawały mi zawsze wrażenie wolności.
I oto byliśmy na mecie naszej wędrówki. Pozostało nam odszukanie naszej kwatery na tę noc, a potem prysznic, szybka kawa i wypad do miasteczka na piwo i kolację. Cauterets miało bowiem do zaoferowania całkiem sporo przytulnych lokalików, które, zgodnie z południowym zwyczajem, o 19:00 otwierały ponownie swe kuchnie. By doczekać do tej godziny, powłóczyliśmy się trochę bez celu malowniczymi, wąskimi uliczkami, przycupnęliśmy w serwującej wyłącznie napoje rockowej restauracyjce, podyskutowaliśmy o życiu i muzyce, a w końcu poszliśmy na pizzę i piwo, gdyż francuskie menu nie oferowało w rozsądnych cenach żadnej potrawy, którą byśmy znali.
Był niezbyt późny wieczór, gdy wróciliśmy do wynajętego apartamentu nieopodal kościoła, który wyglądał, jakby stał tam od stuleci. Gdzieś w ciemnościach nad miasteczkiem zasypiały Pireneje.
Posłowie
Lotniska to dla mnie miejsca poza miejscami. Miejsca pomiędzy, punkt pomiędzy tu a tam, które – podobnie, jak punkt geometryczny – nie mają wymiaru. Będąc na lotnisku, mentalnie nie jestem już tam, skąd odlatuję; nie jestem jednak również tam, dokąd zmierzam. Jestem trochę nigdzie.
Każde miejsce ma natomiast przynależny sobie czas. Wyprawa w Pireneje miała swój wyraźny początek oraz koniec. Lądując z Polsce, miałem zanurzyć się ponownie w nurcie czasu przynależnego domowi. Nasze umysły również funkcjonują w czasoprzestrzeni duchowej, wymiary geometryczne i strzałka czasu są różnymi ujęciami tego samego fenomenu bycia w świecie. Dlatego też lotniska są dla mnie również miejscami poza czasem. Jeśli by czas porównać do nurtu strumienia, lotniska byłyby wystającymi z niego nieruchomymi kamieniami.
W mojej świadomości mają one jednak pewną konkretną charakterystykę, której głównym elementem jest gwar. Odruchowo myślę o lotniskach jako o miejscach gwarnych, w których mijają się ze sobą dziesiątki, setki, a nawet tysiące różnych ludzkich perspektyw, różnych światów, chwilowo wolnych elektronów, czekających na to, by wskoczyć z powrotem na orbity swych atomowych uniwersów.
Lotnisko w Tarbes, obsługujących linie lokalne oraz Ryanaira, było natomiast niemal nieruchome. Puste korytarze, zamknięte lokale, minimum obsługi i pasażerowie zdążający wyłącznie na jeden, konkretny lot. Nigdy nie byłem na lotnisku sprawiającym wrażenie bardziej opuszczonego, niż tamto. Było niemal samoobsługowe: wrzuć żeton, wciśnij przycisk, odpraw się sam. Oczywiście, rozumiem, że wynika to zapewne z obcinania kosztów przez tanie linie lotnicze, nie zmienia to jednak faktu, że moje poczucie zadomowienia w wyobrażeniu o lotniskach zostało przez nie wystawione na próbę. Było trochę jak owe backrooms z popularnego obecnie horroru.
Mimo wszystko spełniło swoją rolę. Pozwoliło mi wrócić do domu.