Nigdy nie nauczyłem się grać w szachy. Ich reguły pokazał mi ojciec, gdy byłem dzieckiem. Nauczyłem się przesuwać piony, zrozumiałem, co należy zrobić, by zadać mata. Jednak grać nie umiałem. Mimo że chodziłem na kółko szachowe, mimo że startowałem w szkolnych czy międzyszkolnych turniejach, to jednak należy jasno stwierdzić, że nie byłem szachistą. Nie znałem żadnych gambitów, nie studiowałem partii, nie ogarniałem sekwencji. Nikt mi nie powiedział, że tak trzeba (a może powiedział, ale nie słuchałem), toteż we wszystkich zawodach zajmowałem ostatnie lub przedostatnie miejsca.
Wyjątkiem był jeden jedyny turniej, w którym drużyna przeciwna przyjechała wraz z grupą kibicujących dzieciaków. Był wśród nich starszy brat chłopca, z którym miałem rozegrać partię. Aby wesprzeć rodzeństwo, łobuziak ten postanowił nastraszyć mnie i zagrozić, że dostanę łomot, jeśli wygram. Mój mózg wszedł wówczas na jakieś inne fale, grałem jak nie ja. Rozgromiłem wspomnianego chłopaka, mimo że brat-hultaj stał mi nad głową, a następnie rozjechałem innych zawodników, w tym grających o niebo lepiej ode mnie kolegów z klubu. To było ciekawe, jakby odrealnione doświadczenie i myślałem potem (albo i nie, może to tylko racjonalizacja retrospekcji), że tak właśnie gra się w szachy, gdy jest się naprawdę dobrym.
Oczywiście, nie jest do końca prawdą, że nie wiedziałem o istnieniu gambitów i historycznych partii, które każdy szachista powinien znać. Po prostu nie uważałem, że muszę. Miałem romantyczną wizję, w której dobry gracz po prostu wie, jak zagrać, widzi posunięcia, przewiduje ich sekwencje i nie potrzebuje do tego stać na barkach wcześniejszych zwycięzców.
Dopiero potem, po latach, zacząłem czytać o podstawowych gambitach, aby pokazać je córce. Zdałem sobie wówczas z pełną jasnością sprawę, że szachy to jest gra, której należy się po prostu nauczyć. Nie chodzi o to, by liczyć na przebłysk geniuszu czy też wenę (która do mnie z jakiegoś powodu nie przychodziła). Dobrze jest, rzecz jasna, mieć talent, ale przede wszystkim trzeba odrobić zadanie domowe, przestudiować to, co jest do przestudiowania. Trenować i pracować, aby wygrywać.
To taka refleksja na marginesie Gambitu królowej, który obejrzeliśmy z M. w minionym tygodniu.
Szachy nigdy nie stały się więc ważną częścią mojego życia, choć być może mogłyby się nią stać, gdybym zabrał się do nich jak należy.
Podobnie było z innymi zdolnościami, talentami. Nigdy nie nauczyłem się grać na gitarze, choć umiem na niej to i tamto zaakompaniować, a zdaniem niektórych – nawet całkiem nieźle. Nie opanowałem też porządnie gry na basie, mimo że przez kilka lat grałem w zespole, dając nawet serię koncertów, zdaniem niektórych – całkiem udanych. Ponieważ było to w epoce poprzedzającej o rok czy dwa rewolucję mediów społecznościowych, to te ćwierćsukcesy donikąd mnie nie zaprowadziły i nie pozostał po nich żaden ślad. Gitara również nie stała się ważną częścią mojego życia, choć może mogłaby się nią stać, gdybym zabrał się do niej tak, jak należy. Dla przykładu – ucząc się zapisu nutowego. Kiedykolwiek.
Nie nauczyłem się też, niestety, wspinaczki skałkowej, choć wspinam się chętnie i w miarę regularnie. Gdybym przez pierwsze dziesięć lat swojej fascynacji tym fantastycznym sportem przyłożył się do treningów pod okiem odpowiedniego trenera, być może potrafiłbym obecnie robić to na przyzwoitym, choć amatorskim poziomie. Jednak lata te, w dużej mierze, zmarnowałem, trenując nie tak, jak trzeba i nie to, co trzeba, a w konsekwencji nie doskonaląc umiejętności, mimo zdobywanego doświadczenia. Wspinanie jednak, o dziwo, stało się ważną częścią mojego życia, choć nie ze względu na osiągane w nim sukcesy. Bynajmniej.
Podobnych przykładów znalazłbym jeszcze kilka. Wyłania się z nich obraz szans wykorzystanych częściowo i talentów rozwiniętych po łebkach. Gdyby życie było grą komputerową, rozpocząłbym ją od nowa, by – znając reguły i mechanikę – wycisnąć maksimum możliwości, podążając w tę samą stronę, co obecnie, gdyż widzę, że obrany kierunek jest słuszny, tylko tempo dalece niesatysfakcjonujące. Inaczej rozdzieliłbym punkty rozwoju, wcześniej zrezygnował z nieefektywnych rozwiązań, chętniej korzystał z doświadczenia innych.
Być może więc jedyną aktywnością, której nauczyłem się jak trzeba i w której osiągam jako takie rezultaty, jest dochodzenie do samowiedzy. Jak myślisz, Sokratesie, czy da się z tą umiejętnością zrobić coś konkretnego?