Czarny dwór

Mary Queen of Scots to film kostiumowy, historyczny, opowiadający dzieje konfliktu królowej Elżbiety i Marii Stuart. Rzecz jest dostępna na Netflixie i włączyliśmy ją z M. w miniony weekend, bo historyczne kino kostiumowe to rzecz w naszej opinii relaksująca, z której na dodatek można się czasem czegoś dowiedzieć.

Istotnie, dowiedziałem się czegoś ze wspomnianego filmu, który, swoją drogą, był nudny i nieciekawy (co opowiedziała mi M., bo ja zasnąłem). Zapoznałem mianowicie termin blackwashing, bowiem twórcy Mary Queen of Scots postanowili w rolach znacznej części dworzan obsadzić czarnoskórych aktorów.

Rozumiem, skąd wzięła się tendencja do obsadzania rozmaitych, kanonicznie białych postaci przez czarnoskórych odtwórców ról. W najogólniejszym zarysie byt kształtuje świadomość, jak mówi najbardziej podstawowe założenie myśli lewicowej, będące odwróceniem heglowskiego porządku, w którym to duch (a zatem świadomość, myśl czy idea) kształtowały materialne instytucje i implementacje kultury. Zatem, aby przebić się przez nierówności społeczne, rasizm, seksizm, mizoginię czy homofobię oraz rozmaite izmy we wszelkich postaciach, należy zadbać o materialną równość osób dyskryminowanych, która pociągnie za sobą zmianę świadomości społecznej i równość faktyczną. Netflix od dawna wciela się chętnie w rolę paladyna tej wiary, z czym się zresztą zupełnie nie kryje i co z reguły mi zupełnie nie przeszkadza.

Jednak w przypadku kina historycznego przeszkadza mi to, bo uważam to za fałszowanie historii. Po prostu. Ja rozumiem, że kino jest pewną konwencją i skoro dawniej biali mogli odgrywać bohaterów innych nacji (np. Elizabeth Taylor wcielająca się w Kleopatrę – tak mi na pierwszy rzut myśli przyszła do głowy), a jeszcze dawniej mężczyźni mogli wcielać się w role kobiet, to dlaczegóż obecnie czarnoskórzy mieliby nie grać postaci, które były białe? Czy nie jest to sprawiedliwość dziejowa?

Uważam, że nie jest. Jeśli już miałoby to być czymkolwiek dziejowym, do zadośćuczynieniem, jednak dziwne to w mojej opinii zadośćuczynienie. Jako kultura doczołgaliśmy się do samoświadomości i uznania równej godności ras, płci czy orientacji seksualnych, jednak za równą godnością nie stoi zrównanie. Jesteśmy różni, choć mamy równą godność i równe prawa. Kolorowanie świata na czarno jest takim samym kłamstwem, jak kolorowanie świata na biało. A może raczej – kolorowanie historii czy przepisywanie jej na nowo w imię rekonstrukcji i przebudowy świadomości społecznej. Bo nie mam nic przeciwko czarnym bohaterom fikcji literackiej, dramatów czy remake’ów filmów, nawet jeśli kanonicznie byli oni biali. Ale mam coś przeciwko obsadzaniu czarnoskórych aktorów w roli XVI-wiecznych szkockich arystokratów. Na litość boską, nie było XVI-wiecznych czarnoskórych arystokratów w Szkocji, a Curie-Skłodowska nie była mężczyzną.

I jeszcze jedno. Załóżmy, że blackwashing jest okej i że ktoś bardzo nieobeznany z historią postanawia zaczerpnąć wiedzy o przeszłości z Mary Queen of Scots. Co widzi? Otóż, widzi czarnoskórych szlachciców na dworach królewskich w XVI wieku. Jak w tym kontekście usytuować późniejszą historię niewolnictwa? Wojnę secesyjną? Martina Luthera Kinga i innych? Dlaczego cierpieli ci wszyscy ludzie i o co walczyli ci wszyscy emancypatorzy, skoro przecież już w XVI wieku czarnoskórzy byli tak równouprawnieni, że mogli piastować godności szlacheckie na dworach szkockiej i angielskiej królowej?