Ja jestem drogą i prawdą, i życiem

W miniony weekend obejrzeliśmy z M. Boże Ciało. Film zdecydowanie zasługuje na uznanie i uwagę, które przyciągnął oraz pozytywne zamieszanie, które spowodował – choćby swą nominacją do Oscara. To kawał brawurowo i wiarygodnie zagranego kina ze znakomitym scenariuszem, zdjęciami i reżyserią. Obraz Jana Komasy daje radę na każdej płaszczyźnie i ze spokojem mogę powiedzieć, że od dawna nie widziałem czegoś równie dobrego.

W Ewangelii św. Jana (J 14, 6) Jezus mówi do uczniów: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. To w moim prywatnym odbiorze jedne z najważniejszych, a może i najważniejsze słowa w Biblii. Droga do wyjścia z immanentnej logiki świata, z racjonalności trwania, przetrwania i reprodukcji wiedzie przez przeżycie swoim życiem życia człowieka, który uwierzył, że jest synem Boga i wszedł w to tak bardzo i na całego, że zdecydował się poświęcić siebie za tę wiarę. Jeżeli żyjemy się tak, jakbyśmy byli dziećmi Boga, jeżeli jesteśmy gotowi złożyć ofiarę ze swojego życia lub – posługując się inną retoryką – odegrać ten wymyślony sens do końca, to z praktycznego, pragmatycznego punktu widzenia jesteśmy dziećmi Boga i w ontologicznym sensie nie ma większego znaczenia, czy on istnieje, czy nie. W logice naszego życia istnieje, a koniec końców logika naszego życia jest jedyną, jaką możemy przeżywać. O innych możemy myśleć, jak ślepi o kolorach.

Bohater Bożego Ciała wchodzi w rolę na całego. Jako kryminalista jest kryminalistą w każdym calu, jako ćpun ćpa nie oszczędzając się, zaś jako kapłan staje się łącznikiem pomiędzy odległym, nierealnym Jezusem z kościelnego ołtarza a życiem wiernych. Takim powszednim, niedoskonałym Jezusem, który jednak raz zdecydowawszy się wstąpić na drogę (i prawdę, i życie), kroczy nią (żyje nią, odgrywa ją) do końca. Koniec ten również jest ofiarą z siebie i zbawieniem wiernych, wcześniej zaś również jest Judasz i srebrniki. Są, oczywiście, różnice, scenariusz filmu nie jest, bynajmniej, teksturą nałożoną na żadną ewangelię. Sens jednak, według mnie, jest czytelny, szczególnie w kontekście tytułu. To jest boże ciało, ewangelia z krwi i kości, zawierająca trzewia, śluzy i odchody, nie mniej – ewangelia. Dobra i brudna nowina. Opowieść o tym, że jest droga i że zostaliśmy zbawieni.

Co ciekawe, kazanie, które na końcu filmu wypowiada proboszcz, obejmujący na powrót swoją parafię, mają sens w kontekście wszystkiego tego, co wydarzyło się wcześniej za sprawą bohatera filmu, jednak nie mają sensu same w sobie. To jego życie (a ostatecznie – życie Jezusa) jest ich sensem. Słowa nieprzeżyte są puste i groteskowe, trochę żenujące i śmieszne, a trochę żałosne.