Parę dni temu skończyłem „Króla” Szczepana Twardocha. O Twardochu i o „Królu” jest ostatnio głośno, gdyż powieść polecano w „The New York Times”. Powstaje też film na podstawie rzeczonej prozy, zatem pan Szczepan może czuć się słusznie usatysfakcjonowany.
Czy książka zasługuje na uznanie? Moim zdaniem tak. To kawałek bardzo dobrej prozy. Warszawa u schyłku lat 30. XX wieku jest tu mocno przerysowana (jak mi się wydaje), ale mimo wszystko chyba jakoś wierna epoce, szczególnie, jeśli skoncentrujemy się na topografii miasta i opisach kontekstu społecznego. Polska stolica kolorytem, intensywnością charakteru i gęstością intrygi przypomina nieco stare amerykańskie metropolie, np. z filmów Scorsese’go. Gangsterzy, politycy i dziennikarze wikłają się w rozmaite ciemne sprawki, ulicą rządzi przemoc, pieniądz i władza (również ta wynikająca z posiadania informacji, nie siły), a bohaterowie brną w tę mroczną melasę siłą inercji, a także pod wpływem jej niewątpliwego, zdradliwego powabu.
Ponieważ bohaterem powieści jest Żyd-gangster, Żydzi są też wciąż obecni jako bohater zbiorowy, zaś Polacy wypadają na – eufemistycznie rzecz biorąc – pyszałkowatych rasistów, prawackiej braci historia ta może się mocno nie podobać. Co ciekawe jednak, również lewackim kolegom historia może do gustu nie przypaść, gdyż emancypacyjny dyskurs jest w niej przedstawiony jako nierozerwalnie spleciony z półświatkiem.
Nie podobać może się też styl Twardocha, który jest bardzo charakterystyczny. I tu ma autor swój lajtmotiv w postaci powtórzenia, które jest zarówno narzędziem estetycznym, budującym dynamikę narracji, jak i drogowskazem kierującym do konkretnej interpretacji. Jak np. w „Drachu” powtarzało się w tym samym czasie, ale osiemdziesiąt lat później, wskazując niejako na ściśnięcie przedstawionej czasoprzestrzeni do osobliwości, w której wszystkie wydarzenia są jednoczesne, a wszystkie miejsca te same (a co za tym idzie, w której opowiedziana historia jest uniwersalna), tak w „Królu” powtarza się było tak, a może zupełnie inaczej. Królowe powtórzenie sugeruje z kolei subiektywność tej (ale i każdej) historii, w której podmiot opowiada fabułę, ale i fabuła opowiada podmiot, w której nic nie jest pewne, nic nie jest faktem, wszystko jest możliwością, ale i wszystko jest kłamstwem. Zabieg stylistyczny jest też zapowiedzią głównego fabularnego twistu, który przeczułem już po około jednej trzeciej historii, co jednak wcale nie zepsuło mi lektury. Nie mniej, zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników taka metoda może drażnić (i drażni). Wiem, że nie każdy to lubi. Ja lubię.