Nie ma już miejsc, które były dla nas ważne, gdy sprowadziliśmy się do miasta. A może nie tyle ważne, co istotne. Znaczące. Miejsc, które mijaliśmy co dnia, w których spotykaliśmy się lub załatwialiśmy sprawy. Dworzec Główny, Dworzec PKS, Kino Bałtyk i Kino Wilda, niezliczone knajpki i puby, internetowe kafejki, zarośnięte, bezpańskie zaułki, wciśnięte w miejską tkankę przełomu tysiącleci, niezagospodarowane jeszcze przez strumień unijnych pieniędzy, który popłynąć miał do kraju dopiero za kilka lat.
Są za to miejsca nowe, nowe lokaliki, nowe alejki i skwerki, parki, sklepy i handlowe galerie. Nowe skrzyżowania, drogi, tramwajowe linie. Niektóre z nich stały się znaczące. Może nawet ważne. Z niektórymi wiąże nas już kawałek życia i trudno pomyśleć, że wtedy ich jeszcze nie było.
Nie wiem, czy zmianę bardziej widać wskutek zniknięcia dawnych miejsc, czy pojawienia się nowych. Pewnie po trochu z każdej z tych opcji. Miasto jest inne, zupełnie inne. Nowoczesne i eleganckie, jak Dublin czy Galway, do których polecieliśmy szukać szczęścia tuż po otwarciu rynków. Pełne stylowych, modnych mieszczan. Kiedy zaszły te zmiany? Pewnie wpełzały powoli, poza nawiasem percepcji, centymetr po centymetrze, przez co przyzwyczajaliśmy się do nich, nie zauważaliśmy ich. Są widoczne dopiero z perspektywy pamięci, w zestawieniu z tym dwudziestoletnim wspomnieniem.
Nawet rzeka się zmieniła. Chodziliśmy nad nią spożywać alkohol i zażywać życia na długo przed tym, nim stało się to legalne i trendy. Obecnie chodzimy nadal, jednak nie ma w tym już niczego niegodnego czy buntowniczego. Rzeka przygarnia wszystkich do swoich towarzyskich brzegów, a służby miejskie dbają tylko, aby nad ranem, niepostrzeżenie, jakieś pracowite gnomy posprzątały syf, porzucone papiery, butelki i puszki.
Nie ma budek telefonicznych. Może źle patrzę, może nie patrzę, może mnie to zupełnie nie interesuje w czasach, gdy zadzwonić gdzie można czymkolwiek, kamieniem, kartoflem. Nie mniej budki telefoniczne były wtedy ważne, wtedy, tuż po przeprowadzce do miasta, gdyż dzięki nim mogłem kontaktować się z M., gdy jeszcze mieszkała w rodzinnym domu. Zawsze miałem w portfelu kartę telefoniczną.
Dziś nie ma już budek. Albo ich nie widzę.
Widzę jednak od czasu do czasu – bardzo rzadko – miejsca, które były zawsze.
– Spójrz na ten dom. Widzisz, jaki stary i zniszczony? – mówię do A. i pokazuję jej pustostan na skrzyżowaniu dwóch głównych dzielnicowych arterii. Budynek pokrywają tagi, nieudolne graffiti i trochę całkiem sensownego street artu. Opadający tynk jest w kolorze wyblakłej skóry, drewniany strop wyraźnie butwieje, zaś otwory okienne zaplombowano szczelnie pustakami. Jest tak, odkąd pamiętam.
– Od kiedy on tu żyje? – pyta A.
– Żyje? Nie żyje. Budynki nie żyją. On tu po prostu stoi – tłumaczę. A. patrzy przez chwilę, a potem traci zainteresowanie.
Ja nie tracę. Takie miejsca, trwające niezmiennie wobec otaczających przemian, są dziwne. Zastanawiam się, jaką tajemnicę skrywa pustostan, że udaje mu się przetrwać. Najprawdopodobniej żadną, najpewniej jakąś formalnoprawną niemożność, przez którą nie można zrównać go z ziemią i zastąpić szklano-metalowym następcą.
A może czyjaś, jakaś wola chce, by trwał. On i jemu podobni, niezmienni. Anomalie w tkance miasta.