Czy prepersi jedzą placki ziemniaczane?

Z ostatnio nabytych zdolności kulinarnych najbardziej sobie cenię umiejętność przyrządzenia… placków ziemniaczanych. Tak, umiejka, którą posiadały wszystkie nasze babcie, dla mnie jest powodem do dumy. Dziewczyny bardzo je lubią, wiec jakiś czas temu wprowadziłem placki do planu żywienia, jednak korzystałem ze sklepowych gotowców. Dwie rzeczy nie dawały mi przy tym spokoju: po pierwsze, że generuję niepotrzebne śmieci, gdyż każde sześć placków oznaczało kolejną plastikową tackę z foliowym wieczkiem. Drugie: że tak naprawdę nie robię placków ziemniaczanych, tylko po prostu wrzucam gotowe coś na patelnię i czekam, aż będzie ciepłe.

Za sprawą M., która garmażeryjne potrawy darzy – eufemistycznie rzecz ujmując – nieufnością, postanowiłem nauczyć się przyrządzać placki od podstaw i okazało się (a jakże!), że jest to banalnie proste. Mój (tia, z Kwestii Smaku) przepis to pół kilo pyrów, trzy łyżki mąki pszennej, pół cebuli, sól i jajo. No i olej do smażenia.

(I – tak, do utarcia pyrów i cebuli używam blendera, ale mogę też użyć tarki. Serio. Po prostu na co dzień mi się nie chce.)

Przepis jest szybki, żarcie smaczne, śmieci prawie zero (bo jakież to śmieci – kilka ziemniaczanych obierzyn), koszt znikomy. Same plusy.

Wartością dodaną jest dla mnie fakt, że taka potrawa powstaje w zasadzie z podstawowych produktów, nieprzetworzonych. Jest wykonalna w prawie każdych warunkach, o ile oczywiście mamy dostęp do ziemniaków, cebuli, mąki, jajek i oleju. No i ognia. I patelni 😉

Nie mniej, czasami nachodzę mnie preperskie myśli, aby być gotowym na każdą okoliczność. Świat w swym technologicznym zaawansowaniu nie jest nam przecież dany raz na zawsze. Bieżący rok pokazuje, że to, co mamy za pewnik, jest co najwyżej przygodne i mocno niekonieczne. Warto wiedzieć, jak żyć bez wszystkich udogodnień. Umiejętność smażenia placków ziemniaczanych nie zapewni nam co prawda przetrwania podczas apokalipsy zombie, ale zawsze to jakiś początek.

To już coś.