Kraj na skraju

Po ostatnich dniach powinien pozostać tu ślad, bo są to dni szczególnie przygnębiające. W konsekwencji feralnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego niekonstytucyjność przerywania ciąż w przypadku nieodwracalnych i poważnych uszkodzeń płodu, na ulicę wyszły dziesiątki tysięcy osób. Trwające od tygodnia protesty są w zdecydowanej większości pokojowe, jednak podszyte tętniącym, gęstym gniewem. Rząd, w pierwszej chwili wbity w lekki stupor skalą oporu, zdecydował się pójść na zderzenie, sięgając po retorykę wojenno-oblężniczą. Napięcie rośnie, emocje szybują ku niewidzianym od dawna pułapom. Obawiam się, że wkrótce nastąpi eksplozja i że wszyscy na tym przegramy.


Niedzielny wieczór to skondensowany gniew. Tysiące ludzi tłoczą się na Placu Wolności. Maseczki z czerwonymi błyskawicami na twarzach skrywają ich tożsamość, a zarazem kształtują nową – rebeliancką i wywrotową. Dziennikarze, szczególnie lewicowi, zauważają na twitterach i onetach, że demonstranci są odpowiedzialni, że nigdzie nie widać nikogo z odkrytą twarzą. Ja patrzę na to inaczej – łatwiej się protestuje zza maski, bo maska pozwala wcielić się w kogoś trochę innego, kogoś gniewnego, kto nie czuje skrępowania, by unieść pięść ku nocnemu niebu i wołać „Wypierdalać!”. Przesłanka pandemiczna nie ma tu, w mojej opinii, nic do rzeczy. Powszechnym zamaskowaniem rządzi kryterium psychologiczne oraz estetyczne. W czarnych maskach wyglądamy po prostu bardziej buntowniczo.

Skondensowanemu gniewowi brak jednak ukierunkowania. Nie w sensie adresatów komunikatu, gdyż „jebać PiS” skierowane jest ku bardzo konkretnym osobom: Jarosławowi Kaczyńskiemu, Julii Przyłębskiej, Kai Godek, Krzysztofowi Bosakowi… Przynależność partyjna nie jest kryterium koniecznym, „PiS” to worek pojemny, oznaczający po prostu obecną konserwatywną władzę i ugrupowania jej sprzyjające. Zatem, nie, nie chodzi mi o to, że masy nie wiedzą, kogo jebać. Wiedzą. Nie wiedzą za to, jak, w związku z czym przyjmują kontrskuteczną strategię atakowania kościołów oraz zaostrzają lewicową retorykę.

Podobnie, jak kilka lat temu przy okazji czarnych marszów, tak i teraz uważam, że to strzał w kolano. Atakując kościoły i szeroko pojętą konserwatywną tradycję demonstranci konsolidują przeciwników i dają PiS-owi możliwość rozkręcenia swojej propagandowej machiny. Natychmiast wykorzystuje to Jarosław Kaczyński, wzywając do obrony Polski (w sensie: konserwatywnej Polski na modłę PiS) za wszelką cenę. Na skutki nie trzeba długo czekać, już tego samego dnia dochodzi do pierwszych starć ośmiu gwiazd i prawackich bojówkarzy.


Środa wieczór to z kolei pewien dysonans. Plac Wolności z jednej strony okupuje technoblokada – demonstracja tańcząca do elektronicznych beatów. Z drugiej strony kumuluje się marsz – skandujący i niosący transparenty ludzie. Widzę głównie młode dziewczyny i młodych chłopaków, późne liceum oraz studia. Jest jednak też wielu starszych, trzydziestolatków, czterdziestolatków i starszych. Niektórzy przyszli z dziećmi (i tego nie rozumiem, kumulacja złych emocji jest zbyt wielka, agresja wisi w powietrzu, po co tam dzieci?).

Dużo ludzi, bardzo dużo. Znacznie więcej, niż w niedzielę. Potem czytam gdzieś na onetach czy epoznaniu, że trzydzieści tysięcy. Wierzę.


29 października pan Ziobro (niegdyś Zero) kieruje do swych centurionów rozkaz ścigania organizatorów protestów w oparciu o ustawę covidową. Chce im stawiać zarzuty zagrożone karą 12 lat więzienia.

Zdaje się, że najbliższe dni będą testem determinacji demonstrujących oraz rządu.


Abstrahując od napinania muskułów przez obie strony konfliktu – czy jest w ogóle szansa na rozwiązanie pokojowe, oparte o dialog? Przypomina mi się książeczka Jurgena Habermasa Czy zmierzamy do eugeniki liberalnej?, która była jedną z pozycji bibliograficznych do mojej pracy magisterskiej. O ile pamiętam, Habermas dowodził tam, że spór aborcyjny prowadzony w oparciu przypisywania lub negowanie godności ludzkiej zarodków nie ma szans na racjonalne rozwiązanie, bo założenia leżące u podstaw argumentacji obu stron są nie do pogodzenia. Konserwatyści ignorują ustalenia nauki dotyczące tego, od kiedy płód może być traktowany jako odrębny byt, bo godność czy dusza ma przysługiwać mu od poczęcia na mocy religii. Dla lewicy z kolei nie ma boga, zatem sam fakt poczęcia nie gwarantuje żadnej godności czy duszy. Potrzeba jej zatem jakiegoś kryterium, a tego może dostarczyć nauka. Ta sama, którą jednak ignorują (w tej kwestii) konserwatyści.

Stąd też mamy fantazmaty, pokrzykiwanie o mordercach dzieci z jednej strony i uzurpatorach, sięgających po cudze macice z drugiej.


Osuwamy się w katastrofę. Być może jakoś to będzie, jednak widoki na poprawę są coraz bardziej niepewne. Mamy absurdalnie dużo zachorowań na Covid-19, służba zdrowia goni resztką sił, kolejne branże zaczynają protestować, a przedsiębiorcy szykują się do kolejnego lockdownu. Sanepid nikogo tak naprawdę nie kontroluje, ludzie starają się sami testować i w miarę racjonalnie minimalizować zagrożenie, jednak mam wrażenie, że wszyscy powoli dojrzewamy do świadomości, że i tak zachorujemy i albo wyzdrowiejemy (jak większość), albo nie. Dojrzewamy do fatalizmu.