Pamiętam, jak na którymś festiwalu filmowym w Kazimierzu Dolnym oglądaliśmy z G. dokument o Pomarańczowej Alternatywie. A może nie było to w Kazimierzu, tylko gdzieś indziej. Nie wykluczam też, że w ogóle nie było to na festiwalu, tylko DKF-ie lub w podobnych okolicznościach. Nieważne. Utkwiło mi jednak w pamięci jedno ze zdań podsumowujących przedstawiany w dokumencie performance: W momencie, gdy milicjanci zaczęli aresztować krasnoludki, system dotarł do granic absurdu i musiał upaść.
Jakoś tak. Albo zupełnie inaczej.
29 października rząd, ustami Jacka Sasina, zapowiadał jeszcze, że nie zamierza zamykać cmentarzy w związku z pandemią koronawirusa. Kwiaciarze i handlarze zniczami odetchnęli z ulgą, po czym zaczęli masowo uzupełniać towary. Podobnie sprzedawcy pierników, kiełbasek i golonek. Święto Zmarłych to bowiem nie tylko zapalanie światełka bliskim, którzy odeszli. To również cała przycmentarna fiesta, suto oblana lukrem i okadzona dymem z grilla.
Tymczasem dzień później pan premier Mateusz Morawiecki obwieścił, iż rząd jednak cmentarze zamknie, gdyż szalejącą pandemię okiełznać trzeba i basta. Coś się wyraźnie zmieniło przez jedną noc i nie była to raczej sytuacja epidemiczna, bo przecież cóż się wielkiego mogło zdarzyć w statystykach zachorowań przez jedną dobę, co wpłynąć by miało na tę cmentarną woltę?
Tysiące osób zarabiających na okołozaduszkowym biznesie zostało więc wystawionych do wiatru. Choć można było przecież nie iść w zaparte do ostatniej chwili i zapowiedzieć ten ruch z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Dałoby to branży przynajmniej jakieś pole manewru.
Rząd niejednokrotnie dowiódł jednak, że woli gasić pożary, które sam wznieca, zamiast po prostu im zapobiegać. Pan premier obwieścił więc, że władza wszystkie te chryzantemy od kwiaciarzy odkupi. Tak. Odkupi.
Odkupienie kwiatów nie ma jednak żadnego materialnego sensu, bo kwiaty są poniekąd synonimem przemijania i nietrwałości, a chryzantemy na dodatek uruchamiają całe zaplecze znaczeń sprzężonych ze śmiercią. Te kwiaty również umrą, te kwiaty przeminą i trzeba je będzie wyrzucić, jak pieniądze na nie wydane. I nie ma w tym nic złego, gdy robią to obywatele dla swoich bliskich, bo takie ich prawo, taka racjonalność symbolu, wolnego od immanentnej racjonalności dnia powszedniego. Jest więc coś głęboko absurdalnego w tej deklaracji wybrzmiewającej w ustach premiera rządu. To – oczywiście – próba ratowania twarzy przez władzę (która tę twarz już niemal zupełnie straciła). Komu jednak chcesz złożyć te kwiaty na grobie, drogi rządzie? Obywatelom? Sobie? A może po prostu postawisz je na fortepianie, by nie podlewał ich, *****, nikt?
W pewien przewrotny sposób system zaczął właśnie aresztować krasnoludki.
Jest tu też możliwość interpretacji spiskowej. Do narracji wymierzonej w Strajk Kobiet, a szczególnie w spektakularny protest w Warszawie 30. października, rząd wprzągł wątek o nieodpowiedzialności uczestników masowych protestów (bo pandemia, bo wirus). Łatwo jednak byłoby odbić piłeczkę, argumentując, że przecież znacznie większe masy ludzkie w ten sam weekend spotkają się na cmentarzach. Trudno więc byłoby utrzymać spójność oskarżenia, że organizatorki narażają rodaków na szczególne niebezpieczeństwo.
Nie wykluczam zatem, że jakiś szczególnie przenikliwy umysł strategiczny uznał, iż należy zamknąć cmentarze, aby ukazać wielką odpowiedzialność i troskę rządu o zdrowie narodu. A że przy okazji utracono troskę o zdrowy rozsądek? Cóż, collateral damage, jak mawiają anglosasi.