W. zachorował na Covid-19. Było to w sumie kwestią czasu, jednak i tak przyszło jako pewne zaskoczenie. Dziś odebrał wyniki wymazu, które jednoznacznie wskazują na wynik pozytywny, co zresztą zgadza się z doświadczanymi przez niego objawami. Przebieg choroby jest, jak na razie, łagodny i ogranicza się do trwających od dwóch tygodni skoków gorączki, lekkiego kaszlu oraz spadku samopoczucia. Biorąc pod uwagę fakt, że W. jest już podwójnym zawałowcem, można mówić o bardzo korzystnym układzie gwiazd. Wszyscy trzymamy kciuki, aby infekcja do końca przebiegła bez komplikacji, bo jest on najstarszym chorym z naszego grona, zaś schorzenia towarzyszące ewidentnie sytuują go w grupie ryzyka.
Zachorowanie W. mobilizuje mnie do pójścia na badanie krwi. Warto sprawdzić przeciwciała IgG, aby wiedzieć, czy infekcja M. udzieliła się również mi i czy chwilowo również ja jestem odporny.
– Po co Ci to? – pyta kolega, K., podczas luźnego, piątkowego spotkania. Gwoli ścisłości, pyta M., nie mnie, ale uważam, że licentia poetica pozwala mi pominąć tę okoliczność. – U mnie w rodzinie nikt się nie diagnozuje, a prawie wszyscy już byli chorzy.
K. jest covidosceptykiem i czuje się w obowiązku informować otoczenie o swych zapatrywaniach na sprawę, do czego wszyscy się już w sumie przyzwyczaili. Mimo to odczuwam czasami rozdrażnienie, gdyż nie lubię być nawracany ani na covidosceptycyzm, ani na inne teorie quasispiskowe i jawnospiskowe. Jestem jednak grzeczny i powściągliwy, gdyż M. każe mi się nie wychylać. M. generalnie znacznie lepiej odnajduje się w relacjach społecznych, zatem ufam jej i trzymam low profile.
[Nie jest jednak tak, że M. zawsze lepiej wie, jak się zachować. Nie jest tak szczególnie w sytuacjach, gdy trzeba odrobiny asertywności. M. nie umie odmawiać. Osobom postawionym wyżej w hierarchii społecznej czy profesjonalnej nie umie odmawiać tym bardziej i dlatego, między innymi, pisze obecnie doktorat.]
Zatem, powinienem chyba zbadać przeciwciała, by wiedzieć, czy jestem chwilowo bezpieczny dla otoczenia. Uważam, że to ważne. Mam takie prywatne, niepodzielane przez część społeczeństwa hobby, aby wdrażać w życie kantowski imperatyw kategoryczny: postępuj tak, jakbyś chciał, by zasada twojego postępowania stała się powszechnym prawem. Chciałbym zatem, aby dążenie do minimalizacji ryzyka dla bliźnich ze swojej strony było powszechnym prawem, którym kierują się ludzie w relacjach społecznych. Nie dlatego, że ktoś im każe, ale dlatego, że tak chcą. Myślę, być może naiwnie, że świat byłby wówczas nieco lepszym miejscem.