Wyleciałem dziś w powietrze niczym skład zwietrzałej amunicji. Niewystrzelone od dawna pociski marki WKRW raziły przypadkowe cele. Wszystko przez przypadek i technologię, złośliwość rzeczy i nie-rzeczy, na które nie mam wpływu.
Ten zły poranek ukoił spacer. Chciałbym zanurzyć się w gęstwinę drzew, poczuć pod stopami darń i wdychać zapach wilgotnej kory sosen i brzóz. Miękko stąpać po mchu. Marzył mi się las. Niestety, wykrojony z betonu park, bezchmurne niebo i ostre słońce u schyłku tej zimy musiały wystarczyć. I wystarczyły.
Brakuje mi ciszy i drzew, trwania w leniwym nurcie innego czasu. Zbyt dużo implozji i eksplozji.