Kiedyś często mawiano mu, że jest dobrym dyplomatą. Dzięki giętkiemu językowi unikał większości konfliktów oraz uzyskiwał swoje cele. Zawierał kompromisy, które być może nie satysfakcjonowały w pełni nikogo – ot, natura kompromisu – jednak z racji niskich oczekiwań od życia z reguły wychodził na tym korzystnie.
Dziś widzi, że bycie dobrym dyplomatą to forma obelgi. Dyplomację odbiera bowiem jako kłamstwo służące bądź odwleczeniu konfrontacji siłowej, bądź przekonaniu oponenta, że ma się inne intencje, niż faktycznie się ma.
***
Od miesięcy zabiegi dyplomatycznej zmierzające do zakończenia wojny w Ukrainie spełzają na niczym. Przy stołach padają słowa, a na ukraińską infrastrukturę cywilną spadają bomby. Rozmowy nie rozwiązały też niczego w Strefie Gazy. Izrael tak długo głodził cywili i równał z ziemią ich domy, aż przy okazji zrównał z nią również tamtejszy Hamas. Wówczas dopiero wspaniałomyślnie zgodził się na wpuszczenie na zachodni brzeg Jordanu pomocy humanitarnej. Jak miło. Negocjacje Izraela i USA z Iranem przy zaangażowaniu Omanu chyba tylko w percepcji tego ostatniego miały szanse prowadzić do deeskalacji napięcia na Bliskim Wschodzie. Po owocnych rozmowach Trump i Netanjahu dali bowiem zielone światło do ataku na reżim w Teheranie.
„Wygrywają najsilniejsi”, powiedzą mocarstwa. „Rozmowy są dla słabych”. Owszem. Tylko nikt nie jest silny w nieskończoność.