Gdyby się głębiej zastanowić, chodziło o plechę. Odkąd tylko zbłąkane grudy kamieni zaczęły wpadać na inne zagubione głazy, pędzące na oślep wokół młodych gwiazd, przyszłość legła w gruzłach grzybni. Aroganckie symbionty, które przyszły potem, na krótkie eony zadeptując sens i znaczenie, mogły roić sobie o swych cywilizacjach i filozofiach, jednak czasoprzestrzeń strząsnęła ich z siebie niczym piach z piknikowego koca, rozłożonego na białych piaskach jednej z tych zapomnianych plaż.
Została tylko plecha, wczepiona w tkankę rzeczywistości niezliczonymi latami świetlnymi splątanych strzępków, wychylająca na świat tryliardowe pokolenia fikuśnych owocników, jak żart, jak rękawica, którą rzuca się ślepemu przeciwnikowi.
Teraz, gdy gwiazdy gasną, a ciemne i ciężkie, żarłoczne olbrzymy pożerają to, co zostało ze wszystkiego, ona wciąż trwa i będzie trwać, nim natura rzeczy nie skurczy się do rozmiarów ziarnka piasku, drobinki o planckowskiej średnicy, mgnienia nieistnienia. A wówczas, gdzieś indziej, gdzieś po drugiej stronie zbitego na drobne lustra, wczepi się w inny samotny kamień, pędzący na oślep wokół młodej gwiazdy ku nowym możliwościom.
Tak było, tak jest i tak będzie.