Poranki

Są zimowe poranki pełne dziwnego blasku. Chmury wiszą wysoko na niebie, zaś poranne słońce wsącza się pod nie z ukosa, wznosząc się purpurowo znad widnokręgu. Ściany blokowisk są wówczas bladoróżowe, piękniejsze, niż na to zasługują, a powietrze wydaje się przesycone jakąś tajemnicą. Są i inne poranki, ostre jak brzytwa, gdy intensywnie błękitne niebo uwalnia całe przytulone do miasta ciepło. Jest wówczas rześko i jasno, ludzie szczękają zębami pełni energii i motywacji. Są wreszcie jednak poranki takie, jak ten. Gęsta, szara czapa smogu opada na dachy wieżowców i wierzchołki miejskich topól, zapuszcza w dół duszące macki cuchnącej wilgoci, nakłada na świat filtr desaturacji. Sznury aut suną niemrawo ku skrzyżowaniom i rondom, jakby nie wyjechały jeszcze porządnie ze snu.

W takie poranki czuję się winny, że również siedzę w aucie. Gdy byłyście małe, woziłem was do przedszkola w doczepianym do roweru dziecięcym siodełku, opatulone kurtkami i szalami, czasami dodatkowo okryte kocykiem. Myślałem o tym, jak wspólnie będziemy jeździć do szkoły – trzy rowery, żwawo śmigające przez most każdego rana, powielające schemat, który swego czasu sam sobie narzuciłem: by każdego dnia przemieszczać się wyłącznie rowerem, bez względu na kondycję i pogodę.

Przyszłość, która nadeszła, zweryfikowała te oczekiwania.

– Nieee, tata, nie chcę – zwykłyście obwieszczać bardzo szybko, po kilku ledwie próbach rowerowego dojazdu do szkoły i pozostałyście w swym postanowieniu irytująco wytrwałe. Przesiedliśmy się więc na komunikację miejską lub do samochodu. Zimą zaś – zazwyczaj do samochodu, bo chłód sprawiał, że również względem transportu publicznego robiłyście się uciążliwie oporne.

Cóż, przyszłość ma tę osobliwą manierę, że przychodzi w formie nie do końca oczekiwanej. Czasami z grubsza odpowiada wyobrażeniom, zazwyczaj jednak odbiega od nich znacząco.

Kilka dni temu G. znalazła w sieciach społecznościowych informację, że zmarła B.B. Nie była to nasza bliska znajoma, nie mniej był okres w naszym życiu – jeden z tych kilku okresów, następujących po sobie jak rozdziały w książce – gdy bywaliśmy na tych samych imprezach, znajomiliśmy się z tymi samymi osobami, śmialiśmy z tych samych żartów czy piliśmy przy tym samym stole. Teraz zaś my żyjemy dalej, aby oglądać różne poranki, B.B. natomiast już nie żyje. Ile miała lat, gdy rak pociągnął ją na drugą stronę? Czterdzieści trzy? Czterdzieści cztery? Za mało. Czy tak wyobrażała sobie przyszłość jeszcze dziesięć lat temu? Czy tak wyobrażali sobie jej przyszłość jej rodzice?

Moja matka miała kiedyś siostrę. A raczej miałaby, gdyby urodziła się wcześniej. Siostra żyła jednak ledwie przez kilka dni. Nie zdążyła pożyć naprawdę. Nie zdążyła poznać życia. Czy babcia tak wyobrażała sobie przyszłość jej pierwszej córki?

Czy lepiej żegnać dziecko, które zdążyło dorosnąć, pamiętając wszystkie te wspólne radości i smutki, czy też takie, które odeszło natychmiast, może nie bez bólu, ale przynajmniej bez pamięci, ważąc w myślach wszystko to, czego nie zdążyło doświadczyć?

Czasami poranki nie przynoszą żadnych odpowiedzi. Wyłącznie pytania.