Dziś rano znów myślę o Jezusie. A najpierw o Jahwem, jego okrutny, zazdrosnym ojcu, porywczym jak wszyscy jego starożytni koledzy po wszechmocy, tylko bardziej, bo jedynym. Dookoła już tylko szczątki jego adwersarzy. Czy ktoś mówił o sprawiedliwości? Pierworodni Egipcjan? Mieszkańcy Kanaan czy Jerycha? Nie? No raczej.
I wówczas na scenę wjeżdża on, cały na biało, mówiący: opowiem wam zupełnie inną wiarę. Nie będę się kłócił z ojcem, powiem wam raczej, co zrobić, aby to, co on chciał w was wbić strachem, wychodziło z was samych. A raczej pokażę, bo ja jestem drogą, zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, nie umrze na wieki. Ojciec głównie mówił: z płonących krzaków, ustami proroków, wściekłością żywiołów. Ja ze swojej historii zrobię tekst, który będziecie mogli czytać sobie i potomnym.
Chrześcijaństwo postrzega się często jako wiarę ludzi słabych. Nadstawianie drugiego policzka ma być objawem uległości. Podążanie wyznaczoną drogą – objawem bierności.
Nic bardziej mylnego. Co może być bardziej krnąbrnym i aktywnym nastawieniem, niż podążanie do celu, w który się wierzy, wbrew wszystkim racjonalnym przesłankom płynącym ze świata? Obietnicom potęgi, ostatnim kuszeniom? W warunkach, gdy nie wie się, czy na pewno nasza wiara nie okaże się szaleństwem? Bo przecież człowiek nigdy nie wie, a Bóg, który staje się człowiekiem na serio, a nie na pół gwizdka, również przecież musi nie wiedzieć. Na serio nie wiedzieć, wahać się, błądzić i wątpić od czasu do czasu. W innym wypadku byłby przecież nieludzki, a cała gadka o wcieleniu okazałaby się picem na wodę jeziora Genezaret.
Na końcu czeka zaś pusty grób, w którym bliscy nie znajdują martwego ciała i – jako ponoć naprawdę kończy swą Ewangelię Marek – odchodzą w przerażeniu, nie mówiąc o niczym nikomu. Być może to tu powinna zapaść kurtyna. A być może zapadła.
Czy cała opowieść o Jezusie Zmartwychwstałym, chodzącym po świecie już później, po śmierci, jest mi w ogóle potrzebna, aby uznać, że jeżeli jest w ogóle jakikolwiek bóg, w którego wierzę, to właśnie on? Nie, zupełnie nie. To, co ma moc w tej historii to właśnie życie i domykająca opowieść tego życia śmierć.
Reszta jest historią, która lubi się, co prawda, powtarzać, ale nigdy nie powtarza się dokładnie tak samo.