Ecce arbor

Ależ snuje się i płoży powieść Listowieść Richarda Powersa! Rozpięta na dziesięciolecia narracja szumi spokojnie niczym konary drzew – głównych, choć zarazem drugoplanowych bohaterów historii. Rozpisana na wielu protagonistów fabuła to zwalnia, to przyspiesza, prowadząc nas przez ich życie w soczewce czasu o zmiennej ogniskowej. Obserwujemy ich niejako z góry i z pewnego oddalenia, również z dystansu pokoleń poprzedzających ich przyjście na świat, dzięki czemu kontekst rozrasta się niczym leśna podściółka. Świetnie oddaje to angielski tytuł książki: The Overstory. Polska Listowieść jest w tej kwestii semantycznie zwodnicza.

Uwielbiam takie fabuły, zarówno w kinie, jak i w literaturze, choć w literaturze bardziej, gdyż powolny rytm lektury pozwala wrosnąć w narrację i przesiąknąć jej atmosferą. Opowieści, które grają kontekstem, dystansem i pewnego rodzaju melancholią, oddają jakąś prawdę rzeczywistości. W tym przypadku jest to prawda drzew. Wspomniana chronologiczna niespójność, skoki tempa narracji sugerują, że jest ona prowadzona z perspektywy, dla której różnica między rokiem a dziesięcioleciem jest trudno rozróżnialna. To optyka lasu, który trwa. Sekwoi, których pień opasuje słoje pamiętające całe millenia. Z tego punktu widzenia historie naszych bohaterów są ledwie mgnieniami – my jesteśmy ledwie mgnieniami, choć zachowujemy się, jakbyśmy byli jakąś trwałą stałą.

W kącie pokoju stoi dracena. Ma ponad dwa metry wzrostu, konary cienkie i poskręcane niczym konopne sznury, a w pionie trzyma się dzięki sieci linek, którymi podwiązałem jej ciężko ulistnione korony. Nie wiem, czy to Dracaena marginata, Dracaena fragrans czy Dracaena sanderiana i mówiąc szczerze mało mnie to interesuje. Jest z całą pewnością starsza, niż moje córki. Nim zamieszkała z nami, rosła w rogu pokoju mej babci. Zgaduję, że wyhodowała ją troskliwa ręka dziadka, choleryka z dziwną cierpliwością do roślin. Ile może mieć lat? Wydaje mi się, że pamiętam ją z wczesnej młodości, choć mogę się mylić. Cichą obecność trudno zapamiętać, a łatwo wpleść przypadkiem w warkocz wspomnień, zakładając, że jako stały element tła musiała tam przecież być.

Cichą obecność łatwo też wziąć za brak obecności. Łatwo odebrać jej podmiotowość, potraktować przedmiotowo i utylitarnie. Oczekujemy, by obecność stawiła nam opór, przeciwstawiła się, by niejako zasłużyć na prawo głosu, prawo istnienia. Dlatego tak beztrosko plądrujemy pozornie niestawiającą oporu planetę, z jej biosferą i zasobami. Jednak wierzę, że jest raczej tak, iż po prostu nie zasługujemy na opór. Jesteśmy ledwie mgnieniem, które w swej arogancji uważa, że za cokolwiek zasługuje, że cokolwiek mu się należy.