Nasza cywilizacja oparta jest o gospodarkę i ekonomię podporządkowane imperatywowi wzrostu. PKB definiuje skuteczność i „zdrowie” gospodarek, PKB rosnące jest synonimem rozwoju i prawidłowego działania gospodarki, jego brak to już oznaka kryzysu, a spadek oznacza recesję i generalną apokalipsę. Jest tak dlatego, że systemy te oparte są kredyt bankowy, spłacany (z nawiązką, jak to kredyt) z zysków z udanych inwestycji. Inwestycje te muszą się jednak opłacać, zatem muszą znaleźć swoich – szeroko rozumianych – konsumentów.
W systemie zamkniętym, jakim jest nasza planeta, ale też każda większa czy mniejsza całość, w której da się funkcjonować, w logikę tę wpisany jest jakiś kres, granice rozwoju, ponieważ nie da się w nieskończoność rosnąć w ograniczonej przestrzeni i wobec ograniczonych zasobów. Choć od strony czysto ludzkiej da się być może w nieskończoność zwiększać pragnienia i potrzeby (konsumentów), a tym samym stymulować moc nabywczą, to jednak w kontekście wspomnianej przestrzeni i zasobów, zaspokojenie tych żądz jest na dłuższą metę niemożliwe.
Ewolucyjnie rzecz biorąc, wydaje się, że system cechujący się mniejszymi potrzebami, ma większe szanse na przetrwanie. W ten sposób patrząc, nasza cywilizacja jest ekstremalnie wyspecjalizowanym wynaturzeniem, zdolnym do funkcjonowania w bardzo wąskim przedziale warunków. Stopień komplikacji systemu powoduje, że ryzyko utraty stabilności na skutek braku dostępu do wystarczająco dużych zasobów (co w sumie sprowadza się do wystarczającej ilości energii) jest coraz większe.
Czy da się pomyśleć system oparty o redukcję, zamiast o wzrost? System, w którym mieć mniej i potrzebować mniej będzie i etyczną i gospodarczo-ekonomiczną dyrektywą? Cywilizację sukcesywnie zmniejszającą swoje zapotrzebowanie, a tym samym zwiększającą zakres warunków, w której jest w stanie przetrwać?
To takie pytanie na dziś, trochę w kontekście nowego budżetu UE 2020 i zwiększonych nakładów na dążenie do neutralności klimatycznej.