Popatrzył, poniuchał, poprosił o otwarcie maski i odpalenie. Wsunąłem kluczyk do stacyjki, przekręciłem. Fabia chrząknęła i trzycylindrowy, wątły silniczek, który woził nas przez ostatnie dziewięć lat, zaskoczył od razu. Handlarz pochylił się nad nim, poobserwował.
– Mogę ci coś więcej o niej opowiedzieć – zaproponowałem. Przed chwilą od razu przeszedł na „ty”, więc mogliśmy sobie odpuścić konwenanse.
Pokręcił głową.
– Nie trzeba. Biorę ją. Masz papiery?
– Mam – potwierdziłem. – Wsiądźmy.
Usadowiłem się za kierownicą i wydobyłem teczkę z umowami. Podałem handlarzowi, który przybił swoje pieczątki i podpisał, co trzeba. Wziąłem kwity i zacząłem wypełniać swoją część.
– I jak, ludzie dzwonili? – zagaił. Rozmawiałem z nim wcześniej dwa dni wcześniej o sprzedaży auta. Zaproponował stawkę odrobinę za niską, więc postanowiłem jeszcze popróbować szczęścia i dać sobie szansę OLX-owi.
– Dzwonili – przyznałem. – Handlarze, jak wy, proponują tyle samo. Inni… Inni marudzą.
Handlarz prychnął.
– Jebani idioci – mruknął bardziej do siebie, niż do mnie. – Spodziewają się nie wiadomo czego.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Wyglądał na dużo młodszego, niż ja, przynajmniej z piętnaście lat, ale najwyraźniej biznes docisnął go już na tyle, że gdzieś w głębi trzewi zagnieździła się żółć i kwas.
– No – przyznałem. – Piszę, że auto prawie pełnoletnie, a oni się dziwią, że nie wygląda jak nowe.
– U mnie tak nie ma. Szybka akcja, podpisujemy kwity, kasa do ręki i po sprawie.
Od razu potwierdza prawdziwość swoich słów. Jego jeszcze młodszy kompan, stojący dotąd obok samochodu, wyciąga portfel i odlicza pieniądze. Wręcza mi gruby plik setek. Przeliczam, patrząc przy okazji, czy nie wydrukowali ich aby na biurowej drukarce.
Nie wydrukowali. Wszystko się zgadza, zatem kluczyki, dokumenty i parę ostatnich wyjaśnień trafiają do handlarza. Podajemy sobie dłonie, oni wsiadają do mojego byłego pojazdu i ruszają. Zamierzam iść prosto do domu, ale zawracam, przystaję na rogu i udaję, że telefonuję. Tak naprawdę jednak chcę jeszcze chwilę popatrzeć.
Fabia wykręca kilka razy i rusza w górę ulicy. Patrzę na jej zieloną, porysowaną karoserię, znajomy bagażnik, który otwierałem niezliczoną liczbę razy, ładując i rozładowując bagaże, torby, zakupy, dziecięce foteliki. Na krótką chwilę galopują mi przez czaszkę wszystkie skojarzenia, które mam z tym samochodem, etapy życia, przez które przejechaliśmy razem. Ludzie, którzy żyli, gdy go kupowaliśmy, a nie żyją już teraz i odwrotnie – osoby, które dopiero się urodziły. Znajomi, którzy pojawili się w naszej orbicie od czasu jego zakupu i ci, którzy podryfowali od tamtej pory ku innym konstelacjom. Uczucia, pasje, zaangażowania i obojętności, którymi przez te lata oddychaliśmy. Czas. Po prostu.
Tymczasem auto jest już daleko, przesłaniają je inne samochody, przestaję je widzieć. I tyle. Nie ma już Fabii. Czas na zmianę.
Jedyne, co stałe, to zmiana.