Zgubione karteczki

Zapodziałem gdzieś karteczkę, na której zapisałem sobie kilka tematów do zablogowania. Leżała na biurku, jak wyrzut sumienia, pomiędzy bardziej pilnymi karteczkami dotyczącymi zawodowych zadań i powszednich obowiązków i w którymś momencie, cichutko i niepostrzeżenie, zniknęła. Zapewne wrzuciłem ją w roztargnieniu do kosza, razem z innymi zapiskami, zawierającymi kwestie, które już wykonałem. Ciekawe, o ilu jeszcze koncepcjach zapominam, przytłoczony wyzwaniami codzienności.

Czego zatem nie zapisałem? Nie zapisałem wrażeń z serialu Awantura (ang. Beef) na Netfliksie, opowiadającego o frustracjach dwojga bohaterów wiodących życie zupełnie inne niż to, którego po sobie oczekiwali, co wiedzie ich do wyładowania złości na sobie nawzajem. Serial zrealizowany jest bardzo zręcznie, fabuła wiarygodnie i konsekwentnie zaciska pętlę na losach bohaterów, prowadząc ich do spektakularnej katastrofy w przedostatnim odcinku. Epizod ostatni jest natomiast inny, niż wszystkie poprzedzające, które kończą się sceną sugerującą śmierć bohaterów. Jest czymś w rodzaju czyśćca i syntezy, stanem zawieszenia asercji odnośnie tego, czy protagoniści (antagoniści?) żyją, czy nie. Rozgrywa się w scenerii pustynnej pustki i spowijają go halucynacyjne majaki, z których wyłania się wizja ludzi wściekłych nie tyle na siebie nawzajem, co na siebie samych – uwypukla to jeszcze fragment, w którym bohaterom mylą się tożsamości i zaczynają zwracać się do siebie imieniem tej drugiej osoby. Finał pozostawia ich pogodzonych ze swoim upadkiem. Dopiero ta zgoda na fundamentalne doświadczenie utraty wszystkiego, o czym sądzili, że liczy się najbardziej, daje im poczucie spokoju oraz wolności.

Nie zapisałem też wrażeń z posiłku w KFC, do którego zawinęliśmy wracając z majowego wypadu nad jezioro. Czekając w kolejce na wydanie skrzydełek i frytek, obserwowałem krzątaninę w kuchni. Masowa produkcja i pośpiech. Szybkie kompletowanie zamówień według listy. Upadające na podłogę kuchenne utensylia, które – odłożone wcześniej na bok przez świadomego pracownika – niepostrzeżenie ponownie wchodzą do użycia bez mycia bądź wymiany. Walające się na posadzce resztki jedzenie, będącego – de facto – resztkami żywych stworzeń, wyhodowanych wyłącznie w tym celu w równie pośpiesznych konfiguracjach rzeczywistości. Wszystko to po to, by nakarmić strawą nieszczególnie smaczną i zdrową podróżnych rozpiętych między jakimś tu i jakimś tam, w miejscu-bez-miejsca, w miejscu-w-drodze, niebędących dla nich w sumie żadnym miejscem.

Wczoraj czytałem o pokoleniu Z, które nie chce pracować, a raczej chce pracować, ale nie tak, jak pokolenie poprzednie. Ja jestem pokoleniem poprzednim, rozpoczynałem pracę jeszcze wówczas, gdy w kraju panowało blisko dwudziestoprocentowe bezrobocie i musiałem zmagać się z rzeczywistością, w której pracuje się dużo za małe pieniądze, ciesząc się, że pracę w ogóle się ma. Pokolenie Z odrzuca kulturę zapierdolu, koncentrując się bardziej na sobie i na życiu pozazawodowym. Wychodzi z założenia, że ideę, jakoby firmie czy karierze należało się jakieś poświęcenie, należy z gruntu odrzucić, ponieważ firma i kariera nie zawahają się odrzucić nas, gdy tylko przestaniemy być im potrzebni. Ponadto, poświęcenie siebie dla życia zawodowego jest też poświęceniem bliskich, manifestującym się rozbitymi rodzinami, osamotnionymi dziećmi, permanentnym brakiem czasu na cokolwiek, co nie jest pracą, wypaleniem (również zdrowotnym), a ostatecznie śmiercią po życiu, w którym było zdumiewająco mało radości z życia.

Pędząc autostradami z miejsca do miejsca, zatrzymując się na posiłki w miejscach-bez-miejsc jak KFC czy McDonald’s, realizujemy amerykański sen wyradzający się w koszmar pędzenia gdzieś przed siebie w imię jakichś przyszłych obowiązków bądź zysków. Brakuje nam czasu, by spokojnie usiąść i przyjrzeć się sceneriom, w którym akurat się znajdujemy. Poczuć powiew wiatru na twarzy, posłuchać zlanego w cichy szum świerszczenia milionów owadów, zaszytych w gęstwie okolicznych zarośli, zobaczyć smukłe sylwetki saren, przemykających środkiem pola gdzieś w oddali. Żyjemy życiem, w którym zbyt mało jest radości, walczymy o sprawy, której lepiej byłoby nam utracić, a w międzyczasie gubimy karteczki z ważnymi dla nas zapiskami, jakby ich nigdy nie było, jakby nie były ważne.

A są.