Wstyd to coś nowego. W odniesieniu do swojego kraju odczuwałem już zażenowanie, rozbawienie czy frustrację. Odczuwałem też dumę, radość czy satysfakcję, bo to nie tak – bynajmniej – że cieszą mnie porażki i niepowodzenia w ramach karmienia kompleksów. Myślę, że mój stosunek do Polski można określić mianem nowego patriotyzmu. Identyfikuję się z bieżącymi mocnymi stronami, doceniam pomysłowość i przedsiębiorczość, płacę podatki i respektuję prawo, natomiast nie odnoszę się do przegranych powstań bądź tzw. żołnierzy wyklętych jako fundamentu mojego poczucia przynależności.
Jednak wstyd to coś nowego, a nie da się inaczej określić tego, co czuję, obserwując poczynania klasy rządzącej względem uchodźców na białoruskiej granicy. Rozumiem koncepcję wojny hybrydowej, rozumiem też zasadność twardego stanowiska, jednak w żaden – żaden! – sposób nie usprawiedliwia to nieludzkiego traktowania ludzi wykorzystywanych jako pionki w tej rozgrywce. Ci sami paladyni moralności, drący szaty nad każdym abortowanym zlepkiem komórek, bez drgnięcia powieki skazują na cierpienie i śmierć ludzi.
Bo przecież ci ludzie w końcu umrą. Łukaszenko nie waha się zabijać nawet swoich własnych obywateli w imię politycznych interesów. Koncepcja, że pozwoli uchodźcom przeżyć na własnym terytorium, jest więc niedorzeczna. Tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że klasa rządząca idealnie odgrywa rolę w napisanym przez niego dramacie.
Za wstydem idzie więc gniew, podszyty poczuciem bezsilności, bowiem w kontekście stanu wyjątkowego i antyimigracyjnych nastrojów obóz rządzący może liczyć na większość ze względu na ksenofobię wystarczającej liczby posłów i rodaków.
Słupki rosną.
Ludzie giną.
Wstyd i gniew.