Purezento Joanny Bator według blurba na czwartej stronie okładki określane jest jako powieść japońska w duchu zen. Narracja osadzona jest w Japonii, zaś fabuła, opisy, dialogi mają w sobie coś z koanu lub haiku. Zastanawiam się jednak, czy nie jest to raczej realizacja naszego romantycznego wyobrażenia o Japonii i Wschodzie jako kulturze dysponującej tajemniczą mądrością. Bohaterka, poszukująca w Tokio odpowiedzi na swoje życiowe problemy, zanurza się w obcą rzeczywistość i stopniowo zaczyna odzyskiwać równowagę i zrozumienie samej siebie. Napotykani przez nią ludzie zdają się wiedzieć i przenikać umysłem więcej, niż ona. Wysławiają się lakonicznymi aforyzmami, posługują się ciszą i milczeniem, niedopowiedzeniami. To się dobrze czyta, jednak zastanawiam się, czy nie dostrzegam między wierszami powidoku mądrości rodem z Alchemika Paolo Coelho.
Pamiętam rozmowę z mistrzem Howardem Choi na jednym z obozów Taiji. Rozmawialiśmy o tym, czym jest chi, jak rozumieć energię, której przepływem mamy kierować, z którą mamy się połączyć.
– Czasami uczniowie pytają mnie o naturę tej siły, która wszystko przenika i która wszystko jednoczy – mówił Choi. – Odpowiadam wtedy: tak, istnieje taka siła. Znacie ją. To grawitacja.
Wschód nazywa rzeczy innym językiem. Mamy tendencję do przypisywania mu dostępu do ukrytej przed nami mądrości. Tymczasem często jest tak, że tworzymy sobie iluzję tej mądrości. Chcemy wierzyć, że ona jest. Uwodzi nas egzotyka tam, gdzie mamy do czynienia z inaczej nazwaną normalnością.
Joanna Bator tworzy w Purezento laurkowy wizerunek Japonii i jej mieszkańców. Przypomina mi się jednak przeczytane niedawno Pachinko, książka pisana przez autorkę z tamtego kręgu kulturowego. Japończycy sportretowani byli w niej raczej jako snobistyczni, szowinistyczni, pełni wewnętrznych zahamowań. Nie jako ludzie obcujący na co dzień z mądrością w duchu zen.