„Czytaj Borgesa”, powtarzała mi przed laty moja duchowa mentorka. Tak się jednak złożyło, że nie czytałem. Cortázar – jak najbardziej. Marquez – również, choć akurat z opowiadań, nie ze Stu lat samotności. Mario Vargas Llosa – także. Literatura iberoamerykańska bardzo przypadła mi do gustu, szczególnie realizm magiczny, który bardzo dobrze odpowiadał na mój typ wrażliwości i moją perspektywę obserwowania świata (w tym kontekście Llosa był wyjątkiem, jego powieści cechuje narracja realistyczna). Do Borgesa jednak nigdy jakoś nie dotarłem, potem zaś zapomniałem o jego istnieniu. Dopiero niedawno, nieco przypadkiem, udało mi się znaleźć elektroniczne wydania jego dzieł. Jedno z nich na próbę zakupiłem. Mowa tu o Alefie.
Alef to zbiór opowiadań Borgesa wydany pierwotnie w 1949 roku. Rzecz jest więc stara. Da się to wyczuć zarówno w tematyce, języku jak i duchu epoki. Podejmowane motywy są jednak pozaczasowe, znajomość kontekstu dziejowego, w którym teksty powstawały, jest zapewne przydatna, nie jest jednak konieczna. Bardziej przydatna jest znajomość historii filozofii i literatury, bowiem erudycyjnych odniesień i nawiązań jest tu naprawdę mnóstwo.
Opowiadania Borgesa z Alefa koncentrują się wokół motywów labiryntu, nieskończoności, nieśmiertelności oraz czegoś, co nazwałbym nieoznaczonością. Przemierzając z autorem wykreowane przez niego plątaniny sensów dążymy do poznania, ale też do spotkania z nieludzkim, skrywają one bowiem zarówno nagrodę, jak i przekleństwo. Taką nagrodą lub przekleństwem jest nieśmiertelność, otwierająca człowieka na nieskończoność. Nieskończoność natomiast jest niedyskursywna, wymyka się ujęciu w słowach, zapamiętaniu oraz rozumowi. Z perspektywy nieskończoności rzeczy, ludzie i wydarzenia są nieoznaczone – różne osoby okazują się tą samą osobą, przedmioty okazują się czymś innym, niż są, miejsca zaś stają się niemożliwe do zlokalizowania.
Sam Borges ponoć nazywał swoje teksty fantastycznymi i coś w tym jest. Nie jest to fantastyka pełną gębą, nie jest to nawet fantastyka na miarę realizmu magicznego. Wrażenie odrealnienia, które autor tych opowiadań buduje w czytelniku, przypomina raczej déjà vu, jest równie chwilowe, nieuchwytne i subiektywnie pewne.
Jest to o tyle ciekawe, że warsztatowo opowiadania te wydają się mi trochę niedorobione, jakby były raczej wprawkami lub dziełami porzuconymi przed ostateczną redakcją. Nie jest to styl, który mnie porywa, a jednak przebija spod niego jakaś osobowość tej literatury – cokolwiek by to miało znaczyć. Nie mam wrażenia, że po latach odnalazłem coś, czego literacko potrzebowałem. Rozumiem już jednak, o co był cały ten borgesowski szum.