Inne niepamięci

Tekst ten w pierwotnym kształcie powstał w 2016 roku, może nawet wcześniej. Na 10 lat trafił do jakiegoś zapomnianego folderu na dysku mojego laptopa. Odnalazłem go w zasadzie przypadkiem, przeglądając stare notatki. Uznałem, że historię księżniczki Arianne warto jednak zredagować i dokończyć, mimo jej ewidentnych braków, fabularnych niedoskonałości i logicznych dziur. Nie jest to może opowieść wybitna, ale coś ze sobą niesie – może ten nostalgiczny ton, może kontur świata, szum Białego Stepu pod dwoma księżycami. Szkoda, by to przepadło.

***

Olbrzymia komnata tonie w rzadkiej mgle i bladej, seledynowej poświacie, emitowanej przez niezliczone mrowie świetlików. Lśniące drobinki unoszą się powoli ku górze, poruszane niewidzialną ręką magii. Być może to po prostu odległe echo jakiegoś niedawnego podmuchu powietrza, który poderwał je z posadzki i porzucił na pastwę zachwytu i domysłów. Nieważne. Wygląda to niesamowicie – miriady błyszczących punkcików, ulatujące z posadzki ku stropowi, powoli jak we śnie.

„Jak we śnie”, myśli Arianne, półprzytomna ze zmęczenia. Jest w sercu góry, a ma wrażenie, że trafiła raczej do podwodnego świata. Jakiegoś baśniowego syreniego pałacu gdzieś na dnie Szmaragdowej Zatoki. Albo zatopionych ruin prastarego ludu, starszego nawet niż Stare Cesarstwo, którego arogancja ściągnęła nań potop i zagładę. Albo pogrążonej w półmroku rafy, jednej z tych, o których opowiadają geografowie pływający na krańce świata, skąpane w blasku gasnącego słońca.

Komnata jest olbrzymia. Arianne nie dostrzega przeciwległej ściany. Zastanawia się, jak coś tak olbrzymiego mogło powstać w głębi ziemi. Gdy zadziera głowę, widzi sklepienie strzelające łukowato ku górze i niknące szybko w seledynowym półmroku.

Jednak tu, na dole, jest jasno. Arianne wygasza broszę z nibypłomienia, bo rozgrzany klejnot zaczyna parzyć nawet przez materię płaszcza. Dziewczyna rusza przed siebie. W dłoni ściska motek z nicią. Jest przyjemnie chropowaty i ciepły. Jego dotyk ją pokrzepia. Nić to życie. Bez niej byłaby zgubiona. Teraz wie to dużo, dużo lepiej, niż wtedy, gdy ruszała w głąb, na spotkanie nieznanego. Motek zaczyna rozwijać się z cichym, kojącym terkotem, do którego zdążyła już przywyknąć. Kroki Arianne odbijają się od odległego sklepienia trzepotem cichego, płochliwego echa. Obłoczki kurzu unoszą się spod jej stóp, gdy ostrożnie, lecz coraz śmielej podąża przed siebie. Stara się przeniknąć spojrzeniem mglistą przestrzeń, otwierającą się jej na spotkanie.

Po chwili jednak zwalnia, niezdecydowana, zadziwiona. Przed sobą widzi wyłaniające się z mgły drzewo. Rozłożyste i masywne, strzela licznymi konarami w górę komnaty, a jego korona niknie we mgle. Jest potężne, być może sięga aż po strop. Być może nawet sklepienie wspiera się na jego koronie. „To jednak sen”, przekonuje się dziewczyna. Nie staje jednak. Idzie dalej, ostrożniejsza, czujna. Coraz wyraźniej widzi sękaty pień, wyrastający z idealnie gładkiej posadzki. Orientuje się, że to woda. Konar stoi pośrodku niewielkiej sadzawki. Arianne podchodzi coraz bliżej, widzi coraz więcej szczegółów, fakturę kory, gęstwinę drobniutkich, sercowatych liści, gruzła grubych sęków, znaczących blizny po dawno utraconych gałęziach.

Wtem staje, zamrożona, skamieniała w pół kroku. Zza drzewa wyłania się bowiem postać. Jest niewysoka, nie większa od dziesięcioletniego dziecka. Ma również dziecięce proporcje. Jednak twarz… Twarz jest twarzą stuletniego starca.

– Witaj, nieznajoma – rozlega się cichy, wysoki głos, zupełnie niepasujący do pomarszczonego oblicza. Arianne czuje, jak strach zaciska się jej na krtani, jednak zmusza się do zachowania spokoju. Dziecko-starzec rusza powoli w jej stronę, brodząc po kolana w wodzie, zupełnie bezgłośnie, bez najmniejszego plusku.

– Nareszcie jesteś.

***

Pierwszy raz opowieść o tym miejscu usłyszała od Ludu Traw. Zdarzyło się to w Noc Pełnego Nowiu, noc bez obu księżyców, rozświetlaną tylko lichym blaskiem odległych gwiazd. Niewielki tabor stepowych ludzi od kilku dni stał pod Miastem. Wzniesione ze splecionych źdźbeł domki wyrosły nieopodal zabudowań w ledwie kilka godzin. Z wysokości murów i miejskich wież wyglądały jak poletko żółtobrązowych, kopulastych snopków. Pomiędzy nimi zaroiło się od barwnych kramów, namiocików, parawanów. Lud Traw, jak zwykle, przybył z licznymi towarami z odległych krain. Korowody mieszczan odwiedzały powstałe naprędce targowisko, aby przebierać w dobrach, których próżno szukać u lokalnych rzemieślników. Kupcy i handlarze natomiast przychodzili z własną ofertą, chcąc wymienić miejscowe wyroby na egzotyczne cudeńka.

Księżniczka Arianne Adana nie była zainteresowana handlem. Klejnoty, zabawki i innego rodzaju materialne dobra nie zaprzątały jej uwagi. Królewska córka była dzieckiem ciekawskim i niesfornym. Mimo delikatnej urody, temperamentem przypominała raczej nastoletniego urwisa, a nie dwunastoletnią pannę. Była uparta, krnąbrna i odważna. Jako dziecko, rzadko kiedy słuchała swych nianiek, a gdy podrosła – zamkowych strażników, przydzielanych jej do opieki i ochrony. Wymykała się im, kiedy tylko mogła. Król tolerował to jednak. Uwielbiał swą jedyną córkę, tak podobną do jego zmarłej żony, zaś w Mieście Wśród Traw dziewczyna była powszechnie znana oraz lubiana.

Ksieżniczka Arianne była natomiast żywo zainteresowana Ludem Traw. Gdy tylko jakiś tabor rozkładał się pod wieżycami stepowej stolicy, natychmiast wymykała się za mury ze swym młodszym o rok kuzynem, Leto, by wraz z ciżbą taborowych dzieci grać w ich gry i słuchać opowieści w ich śpiewnym języku, tak podobnym, a jednak nieco różnym od rodzimej mowy jej nacji. Ojciec powtarzał Arianne, aby nie bratała się ze stepowymi ludźmi, jednak ani ona, ani Leto nie należeli do nazbyt pokornych dzieci. Poza tym dziewczyna szybko pojęła, że w opowieściach o Ludziach Traw, warzących zupę z krwi niemowląt i pożerających ludzkie wątroby, jest mniej więcej tyle samo prawdy, co w bajaniach o smokach i gigantach. Arianne nigdy nie widziała smoka ani giganta. Nie znała też nikogo, kto by je widział. Leto uważał, że kiedyś istniały; że wybili je łowcy z królestw przed powstaniem Starego Cesarstwa. Ona jednak uważała, że to bujdy. Wszystko, co mogłoby jej zagrozić, wydawało jej się bujdą. To były dni, kiedy Nowe Cesartwo było jeszcze odległym mirażem, który nie mącił myśli nie tylko Arianne czy jej kuzyna, lecz także królewskich doradców i doradczyń. Może z wyjątkiem jednej, czerwonookiej czarodziejki, której wówczas nikt jednak nie słuchał.

Tamtej nocy, pod czarnym niebem usianym rojami słabych gwiazd, Mama Brakha – Pierwsza Starucha – opowiedziała legendę o dziwnym miejscu ukrytym w sercu labiryntu, o zapomnianej grocie pod odległą górą. Grocie, w której można było stracić życie – lub spełnić marzenia. Wyśpiewała historie śmiałków, którzy odważyli się go poszukiwać, o ich licznych klęskach i nielicznych sukcesach. Arianne nie rozumiała wszystkiego. Niektóre słowa brzmiały zbyt dziwnie i egzotycznie, by pojęła ich znaczenie. Jej dziecięca wyobraźnia została jednak zapłodniona wizją niesamowitej przygody, a opowieść zapadła się w nią, zapuściła korzenie w jej myślach i pamięci.

Następnego dnia opracowali wraz z Leto plan wyprawy. Buszując wśród półek królewskiej biblioteki, odnaleźli mapy, wyznaczyli swój cel i postanowili wyruszyć na poszukiwanie tego tajemniczego miejsca. Spakowali do sakw nieco zapasów, zakradli się do królewskich stajni i zabrali dwa wierzchowce.

– Weźmy te – zaproponował Leto, wskazując na dwie smukłe, bułane klacze należące do jego ojca, generała Arno Vattisa. Arianne pokręciła jednak głową.

– Weźmiemy białe nomady – zdecydowała.

Konie to doskonałe wierzchowce, jednak biała nomada, przypominająca nieco rosłą antylopę, z krótkim porożem, długimi nogami i drgającymi pod skórą splotami mięśni, to coś znacznie doskonalszego. Szybsza i wytrzymalsza, pozwalała królewskim gońcom docierać w najdalsze zakątki dominium w czasie nieosiągalnym dla żadnego konia.

Jednak jazda na białej nomadzie wymagała doskonałych umiejętności. Księżniczka Arianne przekonała się o tym ledwie kilka mil od murów Miasta Wśród Traw, gdy runęła z rozpędzonego zwierzęcia, łamiąc nogę i cudem tylko nie roztrzaskując sobie kręgosłupa lub czaszki. Przerażony Leto, będący wówczas nieco lepszym jeźdźcem, zdołał powrócić do stepowej stolicy i sprowadzić pomoc. Arianne trafiła do dworskiego medyka, który obłożył jej nogę leczniczymi maściami i zapakował ją w łupki. Po sześciu tygodniach noga była zdrowa, jednak o powrocie do codziennych zabaw nie było już mowy.

***

Kara, która spadła na parę niesfornych nastolatków, nie była dotkliwa, lecz była uciążliwa. Przez bity rok zmuszeni zostali pozostawać w obrębie królewskiego zamku. Mieli poświęcić czas na naukę, obowiązki i obserwację funkcjonowania dworu. Po wywiązaniu się z zadań, wolno było im spędzać wolny czas w komnatach lub na murach. Wspinali się wówczas tysiącem spiralnych schodów na którąś z wież wartowniczych, z których miasto widać był jak na dłoni, okolicę zaś obserwować dało się aż po horyzont. Miasto Wśród Traw usadowiło się na rozległej przełęczy w łańcuchu górskim, ciągnącym się daleko na północ i na południe. Spływające z północnych zboczy strumienie łączyły się w krętą rzekę, zwaną Traszką, która spływała w stepy ku południowemu wschodowi, do odległego morza. Nad jej wodami powstała niegdyś osada, potem miasto, a wreszcie królestwo. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, górski masyw rzucał na step rozległe cienie. W mieście zapalano latarnie. Skrzyło się setkami drobnych świateł. W dół rzeki, w oddali, tu i tam również dało się dostrzec światła wiosek, które usadowiły się w żyznej Dolinie Traszki. Jeszcze dalej wzrok gubił się, goniąc za widnokręgiem. Lubili tak siedzieć obok siebie i po prostu patrzyć.

Poranki i przedpołudnia zwykle spędzali w bibliotece, gdzie pod okiem nauczycieli studiowali traktaty i księgi. Leto nudził się niemożliwie, Arianne jednak znajdowała w lekturze rodzaj przyjemności. Była ciekawa wiedzy zapisanej w wersach i pomiędzy nimi.

Gdy rozbrzmiewał dźwięk południowego rogu, młodzi udawali się do swoich zadań. Leto znikał w koszarach, by służyć pomocą kwatermistrzowi, ćwiczyć się w orężu i pomagać szkolić wierzchowce. Arianne natomiast brała udział w zebraniach królewskiej rady. Jej zadaniem było słuchać i obserwować, poznawać mechanizmy zarządzania królestwem. Nauczyła się więc wiele o zapełnianiu skarbca dzięki podatkom i cłom, o królewskich spichlerzach, w których magazynowano zboża i jadło na nieurodzajne pory roku czy o handlowych szlakach, które przebiegały przez bijące serce stepów. Uczestniczyła w rozsądzaniu sporów, odbieraniu sprawozdań od mistrzów gildii oraz zarządzaniu zamkowymi zasobami. Poznała – jeśli nie osobiście, to z widzenia – kwestorów, prefektów, podkanclerzych, ministrów, kasztelanów i podczaszych. Ich twarze zlewały się dla niej w jedno nieciekawe, zwykle nalane i uśmiechnięte, nieszczerze oblicze.

Jednak tylko osoba wyróżniała się w tym gronie. Była to wysoka, czerwonooka kobieta odziana w powłóczyste szaty. Podczas narad zasiadała zawsze nieco z tyłu, a jednak gdy odzywała się, skupiała na sobie uwagę. Arianne szybko zauważyła, że ojciec słucha jej z uwagą.

– Kto to jest? – zapytała go kiedyś.

– Czarodziejka – odparł. – Ale nie taka zwykła od zaklinania zwierząt czy rzucania uroków. Kongregatka. Uczona.

Dla Arianne brzmiało to jak fantazja, jednak z miarę upływu miesięcy zauważyła, że o ile inni doradcy mylą się w swych osądach, to propozycje czerwonookiej są zwykle słuszne, zaś prognozy trafne. Wygłaszała je z nieznacznym, nieodgadnionym uśmiechem. Dziewczyna nie potrafiła odczytać, co może on znaczyć.

Od czasu do czasu księżniczka uczestniczyła też w przyjmowaniu poselstw. Jej rolą było obserwować, a potem zdawać sprawę ze swych obserwacji i wniosków dociekliwym magistrom, by dowieść zrozumienia spraw międzypaństwowych. Tak też robiła, przy okazji dostrzegając coś jeszcze. Jej ojciec zawsze zajmował stanowisko zgodne z opinią czerwonookiej. Co więcej, zdawał się zatrzymywać wzrok na kobiecie dłużej, niż było to potrzebne. „Dłużej, niż przystoi królowi”, myślała dziewczyna. Nie wiedzieć czemu, wspominała wówczas swą matkę i czuła na ojca złość.

Gdy rozlegał się popołudniowy róg, Arianne i Leto odzyskiwali swobodę – rzecz jasna, w obrębie zamkowych przestrzeni. Jeżeli nie szli na wieżę, to spacerowali po dziedzińcach, królewskim arboretum bądź po prostu zalegali w komnacie, rozmawiając o minionym dniu. Leto opowiadał wówczas z zapałem o swych ćwiczeniach, opowieściach żołnierzy, powracających z patroli i objazdów oraz o temperamencie i zwyczajach wierzchowców, które miał pod swą pieczą. Rumieniec występował mu wówczas na twarz, a gdy mówił z ekscytacją, czasami przekręcał słowa i żywo gestykulował. Wciąż był dzieckiem, lecz przestawał być wątłym chudzielcem. Arianne lubiła patrzeć na jego emocje, na błysk w oku i drgające na opalonych przedramionach mięśnie. On zaś, gdy nie patrzyła, rzucał ukradkowe spojrzenia na pierwsze kobiece krągłości, oblewane materią szat.

Rok minął szybciej, niż się spodziewali. Nauczyli się wiele, znacznie dojrzeli i zbliżyli się do siebie, dzieląc radości i smutki.

Zbliżyli się nieco zbyt bardzo. Ich więź nabrała zakazanego posmaku.

***

Ponownie historię o labiryncie pod górą Arianne Adana usłyszała od jednego z wędrownych minstreli, którzy każdego lata odwiedzali Miasto Wśród Traw. Od czasu feralnej wyprawy na białych nomadach minęło kilka lat. Tabory zaczęły przychodzić rzadziej – i nigdy z północy. W tamtych dniach podróżni przywozili coraz więcej niepokojących wieści ze świata. Gawiedź słuchała ich nawet chętniej, niż ich rzewnych ballad bardów, gdyż złe wieści łatwiej zapadają w myśli i serca ludu. „Nowe Cesarstwo”, mówili do siebie ludzie, a w słowach tych, pozornie zwyczajnych, czaiła się jakaś groźba.

Księżniczka Arianne Adane przechadzała się wśród mieszczańskiego tłumu Aleją Nadrzeczną, biegnącą na wskroś miasta od wschodu ku zachodowi wzdłuż wąskiego nurtu rzeki Traszki. W prostej sukni i narzuconej na włosy chuście wyglądała jak zwykła mieszczka. Ci, którzy przyjrzeliby się jej bliżej, rozpoznaliby królewską córkę, jednak mało kto miał czas zaprzątać sobie tym głowę. Przekupki zachwalały towary, kuglarze pokazywali sztuczki, minstrele wyśpiewywali ballady – dzieła swoje lub ukradzione innym pieśniarzom.

Arianne nie była już dzieckiem. Nie była też jeszcze kobietą, jednak w swoich własnych oczach zdawała się sobie zupełnie dojrzała. Wiedziała dobrze, że jej uroda rozkwita, że oglądają się za nią mężczyźni na dworze sądząc, że tego nie widzi. Chciała przeżyć przygodę.

Noc zapadała ciepła i gwiaździsta. Młody bard, którego zagadnęła, wysłuchawszy wcześniej jego barwnej i nieco pikantnej pieśni, był przystojny i dowcipny. Ruszyli wolnym krokiem przez uliczki, zatrzymując się od czasu do czasu na przerzuconych przez Traszkę kładkach i mostach. Ona pierwsza skradła mu pocałunek, on zaś chętnie go oddał, jednak gdy zdjęła chustę, zatrzymał się, rozpoznał ją.

– Nie, nie możemy – rzekł. – Jesteś księżniczką.

– Czasami wolałabym nią nie być.

– Kto wie, może to możliwe? – rzekł, by przerwać niezręczną ciszę. Uderzył w struny swej lutni i zaśpiewał pieśń o miejscu, w którym spełniają się marzenia.

– Znam tę historię – powiedziała Arianne, gdy skończył. – Co to za pieśń?

– Nie wiem – odparł grajek. – Usłyszałem ją niegdyś przy ognisku, podczas podróży przez góry i doliny Kahardaru. Opowiadali ją potomkowie tamtejszych górali. Przerobiłem, ubrałem w wersy. Nie wiem jednak, jak i kiedy powstała.

– Szkoda – szepnęła. – Chętnie odnalazłabym to miejsce.

Księżniczka Arianne nie zapamiętała imienia barda, ale opowieść zapamiętała.

Nazajutrz opowiedziała ją Leto. Chłopak powrócił właśnie do Miasta Wśród Traw z objazdu dominium. Był młodym chorążym, nabierającym żołnierskiego obycia podczas długich patroli oraz eskort. Kiedyś miał zastąpić ojca w roli królewskiego generała, na razie jednak był zbyt młody i niedoświadczony, by powierzyć mu poważniejsze zadania. A jednak wyrósł, zmężniał. Pachniał stepem i wiatrem, zaś jego włosy, splecione w warkocze, miały delikatny aromat ogniskowego dymu.

Siedzieli na Wzgórzu Latających Kwiatów. Było ciepło, zapadał zmrok, tysiące stepowych wróżek, małych, białych motyli, przysiadało na kwitnących kielichach, spijając słodki nektar z ich chętnych czeluści. Leto opowiadał jej o życiu żołnierza, ona zaś o obowiązkach, do których wdraża ją ojciec. Potem zaś leżeli obok siebie, tkając marzenia, a niebo powoli zasnuwało się całunem gwiazd.

– Pamiętasz tą historię o miejscu, w którym spełniają się marzenia? – spytała.

– Tą, przez którą złamałaś nogę?

– Złamałam nogę przez ciebie – dała mu kuksańca. – Namówiłeś mnie.

Zaśmiał się z przekąsem.

– Ja chciałem jechać konno – przypomniał.

– Czepiasz się szczegółów – bąknęła. Stepowa wróżka przysiadła na jej kolanie. Po chwili, tuż obok wylądowała druga. Potem trzecia. Arianne obserwowała leniwie, jak kolejne motyle obsiadają jej ciało; białe, trzepoczące płatki, ulotne jak chwile.

– Dziś słyszałam ją znowu. Od grajka. Trochę inaczej opowiedziana. Nie jaskinia, tylko świątynia ukryta między zboczami. Wewnątrz mieszka stary bóg. Starszy, niż wszystko, co kiedykolwiek zbudowali ludzie i stworzenia, które żyły tu wcześniej. Stary bóg śpi, a temu, kto go odnajdzie i przebudzi, spełnia jedno jedyne życzenie. Możesz życzyć sobie czegokolwiek, ale w zamian musisz zostawić coś, co jest ci najdroższe na świecie.

Poruszyła nogą. Stepowe wróżki poderwały się i uleciały w góre z bezgłośnym trzepotem. Drugi Księżyc wpełzał powoli na niebo, jak zwykle za wcześnie, gdy dzień jeszcze nie oddał pola nocy. Odcinał się od ciemniejącego nieba tarczą barwy bladego fioletu.

– Nie wiem, co bym zostawiła – powiedziała po dłuższej chwili Arianne. – Zastanawiałam się, ale chyba nic nie jest mi aż tak drogie.

Leto leżał tuż obok. Wyciągał dłoń ku górze i przez rozczapierzone palce gapił się na niebo. Poruszał leciutko palcami, jakby trącał struny jakiegoś niewidzialnego instrumentu. Włókna mięśni zaznaczały się delikatnie na przedramieniu chłopaka. Arianne przyglądała mu się długo, a gdy już myślała, że nie odpowie, opuścił dłoń i musnął palcem czubek jej nosa.

– Ja chyba wiem – powiedział.

Potem leżeli jeszcze jakiś czas w milczeniu, wśród kwiatów i motyli. Nie planowali szaleńczej wyprawy, nie snuli marzeń. Po prostu pozwalali, by czas leniwie przepływał obok nich. Ich woń powoli, leniwie wsączała im się nawzajem do krwi.

– Musimy już wracać – powiedział w końcu Leto gdy poczuli na skórze pierwsze liźnięcia chłodu. Ale Arianne powiedziała cicho:

– Nie musimy.

Poszukała swoją dłonią dłoni chłopaka. Jego skóra była twarda i ciepła.

***

Młodzi nie przyjmują mądrości starych. Potrzeba doświadczania góruje nad skłonnością do posłuszeństwa. Gdyby było inaczej, cywilizacja już dawno popadłaby w letarg. Być może nawet nigdy by nie powstała.

Popełniamy wciąż te same błędy. Jak przesadna wiara we własne siły, lekceważenie zawistnego przeciwnika lub liczenie na łut szczęścia wtedy, gdy trzeba raczej polegać na rozsądku. Jak wiara w to, że nieszczęścia spotykają innych, nigdy nas samych. Albo jak zajście w niechcianą ciążę.

Nagłe nudności dopadły ją znienacka któregoś ranka. Zdążyła dobiec do toaletki, na której stała misa z wodą. Zwymiotowała. Służki, które przebywały wówczas w jej komnacie, wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Gdy następnego ranka sytuacja powtórzyła się, Arianne nabrała podejrzeń. Policzyła w myślach dni od tamtego wieczoru u schyłku lata, w który widziała się z Leto po raz ostatni. Było to tuż przed jego wymarszem na kolejny objazd dominium, ponad pięćdziesiąt dni temu. Uświadomiła sobie, że od tamtej pory nie krwawiła. Zaczęła się bać.

Jadła niewiele z obawy przed nudnościami. Jej szaty zrobiły się nieco ciasne, szczególnie w biuście. Prawie nie opuszczała swojej komnaty, mimo że ojciec zapraszał ją do uczestnictwa w podejmowaniu poselstw. W przypadku jednego z nich wręcz nalegał na jej obecność. Był zakłopotany i nieco tajemniczy. Mimo to odmówiła. Uznała, że to nie może być aż tak ważne. Przede wszystkim jednak obawiała się, że zauważy.

Niepotrzebnie, nie zauważył. Zauważyły natomiast służki.

– Tabor przyjechał – rzekła jedna z nich któregoś poranka. Arianne nie ruszyła się z łoża. – Rozłożyli się nad Traszką, za wschodnią bramą. Byłam wczoraj. Przywieźli dużo przypraw i sukien. I zioła.

W pierwszej chwili księżniczka nie zrozumiała. Służka zbliżyła się do niej, stanęła przy łożu, pochyliła się nieco i powtórzyła:

– Zioła.

Oczywiście. Zioła. Stara magia Ludu Traw, zaklęta w darach ziemi, z których szamanki potrafiły wytwarzać najróżniejsze wywary. Arianne pojęła, że nie wszystko jeszcze stracone. Tego wieczoru wymknęła się z zamku i poszła do obozu nomadów. Znalazła Mamę Ghibli, starszą nad zielarkami. Wyznała swą troskę i poprosiła o pomoc.

– Nie wolno. Jeszcze nie powiłaś – zaprotestowała kobieta. – Łono winno powić. Kobieta winna wydać na świat przynajmniej jedno życie. Tak mówi prawo Ludu Traw. Życiem spłacać życie.

– Nie jestem z Ludu Traw – odparła Arianne. – Ale kiedyś będę królową. Zapamiętam przysługę i spłacę ją w inny sposób.

Szamanka przyglądała jej się długo. Dym kadzideł kłębił się pod powałą trawiastego domostwa, mieszał z wonią stepu. Twarz kobiety wydawała się nieprzenikniona. Jej akolitki siedziały i kucały po obu jej stronach – młodsze, nieruchome kopie.

– Niech więc tak będzie – zgodziła się w końcu. – Lecz potem staniesz się dla nas khamal. Obca. Poza prawem i poza przyjaźnią.

Stepowe kobiety kazały jej się rozebrać. Zrobiła to. Chłód jesiennej nocy owionął jej nagie ciało i przebiegł ją dreszcz. One tymczasem przyrządziły napar. Podały jej czarkę, a ona wypiła. Płyn był smaczny, słodkawy i gęsty. Czuła, że nie było w tym sprawiedliwości. Powinien być odpychający. Przechodząc przez gardło, winien wzbudzać torsje.

Torsje jednak przyszły, a po nich ból. Jej ciało zwinęło się niczym przypalany żarem robak, oddzieliło się od jej umysłu. Na zmianę to drżało, to napinało się jak struna. Charczała jak dzikie zwierzę, ryjąc palcami i piętami ziemię. Wymiotowała, oddawała kał i mocz, z jej nosa ciekł śluz, zaś ze wszystkich porów skóry gęsty, cuchnący pot. Po czasie, który zdawał się jej wiecznością, jej łono wyrzuciło z siebie martwy płód. Czuła na policzkach łzy.

Wówczas kobiety podniosły ją z kałuży płynów, które wcześniej były nią. Słabą, słaniającą się na nogach, doprowadziły do rzeki i obmyły do czysta. Patrzyła tępo, jak w blasku obu księżyców strużka krwi ścieka jej po nodze i rozpuszcza się w nurcie, odpływa w dal. Wydawała się czarna czernią śmierci, nie czerwona, jak życie. Po chwili zimne wody Traszki ocuciły ją jednak, dodały wystarczająco dużo sił, by zdołała ubrać się i powrócić do swojej komnaty. Utraciła ciążę. Utraciła przychylność Ludu Traw. Odzyskała jednak swą przyszłość.

Uznała, że było warto.

***

Na północnym wschodzie Białego Stepu, gdzie morze traw wlewało się w rozległe górskie wąwozy, jak we fiordy, rozciągał się Kahardar – kraina nagich, skalnych szczytów, ruin prastarych świątyń, wzniesionych na ich szczytach, spowitych mgłami kotlin i nieprzebytych grani. Miejscowi, zamieszkujący nieliczne wioski i miasteczka, zwali tę krainę Górami Duchów. Istotnie, ci, którzy zapuszczali się tam po raz pierwszy przysięgali, że w podmuchach wiatru dało się słyszeć pieśni przeszłości.

Na południe od Kahardaru leżały bogate w rudy wyżyny, nad którymi władzę sprawowało królestwo Magretu. Tam właśnie po raz trzeci usłyszała wieści o tajemniczym miejscu, które wcześniej poznała z pieśni.

Było to podczas jednej z podróży, w których towarzyszyła ojcu. Nowe Cesarstwo stało się realnym zagrożeniem. Gońcy co kilka tygodni przywozili informacje o jego ekspansji. Król podejmował wszelkie możliwe działania, aby wzmocnić swoje dominium, jednak było jasne, że świadomość groźby przyszła zbyt późno. Arianne była już wówczas dojrzała i zaznajomiona z podstawowymi zasadami działania państwa. Państwa – i życia. To były dni, w których kuzyn Leto nie bywał już jej częstym towarzyszem. Przeciwnie, starał się podejmować zadania, które wymagałyby od niego znajdowania się w zupełnie innym miejscu. „Powinnaś zaczekać”, rzekł wtedy, gdy wyjawiła mu, co zaszło w taborze, gdy jego nie było. „Zostawiłbym wszystko, aby być z tobą i z tym dzieckiem”, rzekł wówczas z goryczą. Poczuła ukłucie winy i falę złości. „Zrobiłam to dla nas, niewdzięczny idioto! W najlepszym razie wylądowałbyś w kompanii karnej, jeśli nie gorzej!”. Nie zrozumiał. Ona zaś pojęła, że za błędy trzeba płacić. Czasami aż nadto. Świadomość ta w najmniejszym stopniu nie umniejszała jej tęsknoty, jednak pozwalała przynajmniej zasypiać z myślą, że zrobiła to, co należało.

Magret – wyżynne królestwo, z którym Stepy graniczyły od wschodu, zbudowało swą pozycję na górnictwie i surowcach. Utrzymywało dobre stosunki z dominium jej ojca, bowiem zależało mu na korzystnych relacjach handlowych. Wszystkie karawany kupieckie szły przez Miasto Wśród Traw. Nie było innej drogi niż przez Słomianą Przełęcz, przesmyk w paśmie górskim, które niczym kręgosłup przedwiecznej bestii dzieliło Stepy niemal na pół, przebiegając od ich północnych rubieży po dalekie południe. To na tej dogodnej lokalizacji, w dodatku nad największą w promieniu setek mil rzeką, Stepowe Królestwo opierało cały swój dobrobyt.

Brakowało mu jednak surowców, a także kowali i płatnerzy, którzy mogliby wzmocnić armię. Lekką i mobilną jazdą można było zdziałać wiele, jednak Nowe Cesarstwo dysponowało zdyscyplinowanym legionem, przeciw któremu podjazdy i uderzenia z doskoku okazywały się mało skuteczne. Stepy musiały mieć ciężkozbrojnych, potrzebowały sojuszu.

Gdy jej ojciec spędzał czas na niekończących się naradach z władcą Magretu – naradach, które nie zmierzały w dobrą stronę – Arianne również nie próżnowała. Z mistrzem spichlerzy negocjowała wymianę uprawianych w Dolinie Traszki zbóż na transporty górskich batatów. Z gildią kupiecką dyskutowała kwestię obniżki ceł na wyroby magreckich złotników. Z królewskim bibliotekarzem rozmawiała natomiast o zakupie ksiąg do księgozbioru w Mieście Wśród Traw.

Bibliotekarz, siwiuteńki staruszek imieniem Gedoff, okazał się fascynującym rozmówcą. O każdej z ksiąg miał coś ciekawego do opowiedzenia, a to historię jej powstania, a to anegdotkę o którymś z dawnych właścicieli. Gdy Arianne pociągnęła go nieco za język, dowiedziała się, że starowina nie zawsze prowadził spokojne życie. Choć szlachetnie urodzony, za młodu poszukiwał przygód, przemierzając królestwo z gromadą nieszczególnie odpowiedzialnych kompanów. Potem powrócił i podjął naukę, by następnie dołączyć do królewskich ekspedycji trudniących się poszukiwaniem złóż rudy i mapowaniem ich pod przyszłe wydobycie.

– Zwiedziłem chyba wszystkie krainy naszego dominum – wyznał. – Nie znam jednak piękniejszej i bardziej tajemniczej, niż Kahardar.

– Kahardar… – zamyśliła się Arianne. – Słyszałam, że jest tam pewne miejsce. Prastary labirynt wydrążony w zboczu góry. To prawda, mistrzu Gedoffie? – zapytała.

Staruszek odwrócił się powoli od regału, na który odkładał właśnie jedną z pokazywanych Arianne ksiąg, uniósł brwi i spojrzał na nią uważnie. Pomyślała, że lepiej będzie zbyć swe pytanie machnięciem ręki i obrócić je w żart. Nie przystoi przecież, by królewska córka dawała posłuch plotkom i pieśniom.

– Tak, to prawda – odparł jednak starzec. Otwarła szeroko oczy. Musiała wyglądać nieprzesadnie rezolutnie, bo mistrz Gedoff zachichotał dobrodusznie. – Jesteś zdumiona, łaskawa panienko. Oczywiście, rozumiem – ujął ją pod łokieć i podprowadził do regału, z którego zaczął wydobywać arkusze map. – Domyślam się, że słyszałaś którąś z legend krążących o tym miejscu. Tą o skarbie lub o potworze, albo jakiś ich wariant. Cóż, najpewniej żadna z nich nie jest prawdziwa. Ale niewątpliwie jest takie miejsce, które pasuje do opisu.

– Byłeś tam? – zapytała podekscytowana Arianne.

– Jeśli pytasz, panienko, czy byłem w owej mitycznej sali w sercu labiryntu, to, rzecz jasna, nie. Życzyłbym sobie wieczystego pokoju, bym mógł bez przeszkód czytać księgi, zaś obecne kłopoty z Nowym Cesarstwem jasno wskazują, że na wieczny pokój liczyć raczej nie możemy – uśmiechnął się łagodnie i ze smutkiem. – Nie. Zagłębiłem się jedynie na tyle, by zdołać wrócić. Znaczyłem drogę drobnymi kamieniami i idąc tym tropem wracałem do wejścia. I tak jednak bliski byłem zgubienia drogi, toteż zrezygnowałem z dalszej eksploracji. Niewątpliwie, jest to jakiś labirynt. Jak rozległy – nie umiem ocenić. Dla mnie jednak, prawdę powiedziawszy, ciekawsze było to, co na zewnątrz. Przepięknie zachowane ruiny kompleksu świątynnego. Najpewniej Stare Cesarstwo… – mistrz Gedof zaczął rozwodzić się na temat starocesarskiej architektury sakralnej, co dla Arianne było już umiarkowanie ciekawe. Cały czas przeglądał wydobyte z regału mapy. Wreszcie znalazł tę, której szukał. Rozłożył ją i wskazał punkt w zachodniej części Kahardaru, nieopodal jego granicy ze Stepami. – O, spójrz, łaskawa panienko. To tu.

Arianne wpatrywała się w palec mistrza Gedoffa i miejsce na mapie, na którym się zatrzymał.

– Mistrzu, czy mogę otrzymać tę mapę? – spytała po chwili.

– Łaskawa panienka wybaczy, ale nie, naturalnie, że nie. – odparł. Księżniczka stropiła się. Mistrz Gedoff uśmiechnął się jednak szelmowsko, nad wyraz młodzieńczo, jak na dostojnego, siwego mędrca. – Mogę ją jednak dla panienki przerysować.

Dwa dni później, wyruszając w drogę powrotną z Magretu do Miasta Wśród Traw, król był w podłym nastroju. Magret odrzucił propozycję sojuszu. „Stepy i Magret nie powstrzymają Nowego Cesarstwa”, miał rzec mu władca wyżynnego królestwa. Uznał, że nawet zjednoczeni, nie dysponują siłą, by powstrzymać niebieskie nowocesarskie legiony. Zdecydował, że korzystniej będzie układać się z najeźdźcą. Król Stepów nie chciał jednak o tym słyszeć.

– Widocznie tak miało być, ojcze – rzekła księżniczka, gdy zjeżdżali z wyżyn ku złocącym się na zachodzie stepom.

– Albo i nie – odparł król. – Mogliśmy mieć sojusz krwi.

– Jak to?

Mężczyzna zasępił się.

– Kilka lat temu Magret przysłał poselstwo. Z księciem, który chciał cię poznać – spojrzał na nią, uśmiechnął się. Smutno. – Byłem wówczas zbyt miękkim ojcem.

Arianne szybko połączyła fakty.

– To było jesienią? Cztery lata temu?

Zdziwił się, ale potwierdził.

***

Miasto Wśród Traw upadło kilka miesięcy później, wczesnym popołudniem pięknego, słonecznego dnia, po ledwie siedmiogodzinnym oblężeniu. Pozbawione sojuszników, nie zdołało przeciwstawić się potędze błękitnych legionistów Nowego Cesarstwa. Król zamiast rzezi wybrał kapitulację.

Nie było plądrowania miasta, nie było gwałtów i grabieży. Nowe Cesarstwo nie działało w ten sposób. Uważało się za duchowych następców cesarstwa starego i wskrzeszało jego dawne obyczaje, szczególnie te związane z podbojem. Jego archonci i generałowie uważali, że przeciwnik, który oddał pokłon, winien zachować godność i otrzymać warunki honorowej kapitulacji. Najlepiej takie, które powiązałyby go od razu wspólnotą interesów z nowym suwerenem.

Ceremonia Małych Zaślubin – taki był jeden z warunków, który generał Visario Vitael, stojący na czele błękitnego legionu, postawił ojcu Arianne. Ślub jego córki z jednym z pomniejszych książąt Nowego Cesarstwa. Pan młody miał przybyć do stolicy Stepów za niecałe trzy tygodnie. Do tamtej pory Arianne miała cieszyć się ostatnimi dniami wolności. Vitael był tak pewny siebie, że nawet nie wydał swym pretorianom rozkazu, by trzymać księżniczkę pod kluczem. Prawdę rzekłszy, miał rację. To w interesie jej, jej ojca i jej poddanych było, aby zjawiła się na Ceremonii Małych Zaślubin. Cesarskie prawo było jednoznaczne i surowe, a honorowe warunki kapitulacji obowiązywały tylko w przypadku pełnego zastosowania się do jego reguł. To, gdzie przebywała Arianne do czasu ceremonii, było – doprawdy – nieistotne, o ile tylko się na niej zjawi.

Dlatego też następnej nocy Arianne przebywała na grzbiecie białej nomady, pędząc jak stepowy wicher na północny wschód u boku swego kuzyna Leto. Ale najpierw odbyła rozmowę, podczas której tajemnicze miejsce w górach Kahardaru zostało wspomniane po raz czwarty.

***

Z Górnego Miasta wszystko wyglądało spokojnie. Jakby nie było wcale klęski i podboju. Na dachach domów suszyło się pranie, owiewane ciepłym stepowym oddechem. Spod kolorowych, płóciennych dachów Rynku Wschodniego dobiegał odległy gwar powszedniego dnia. Dalej, pod Bramą Nomadów, nieliczni o tej porze roku Stepowi Ludzie wymieniali z miejscowymi przywiezione przez siebie towary. W okolicach Studni Łachmaniarzy, niedaleko za murem, miejska dzieciarnia grała w trupa ze stepowymi podrostkami. U podstawy wieży świątynnej, w sercu Sanktuarium, pojawił się akolita i rozpoczął mozolną wspinaczkę na szczyt, aby zadąć w tilarę i wezwać wiernych na południowe modły. Życie toczyło się jak zwykle. Jedynie błękitne namioty nowocesarskiego obozu, rozbitego nieopodal w stepie, przypominały, że to nie jest już stolica suwerennego królestwa, a widoczne wśród mieszczan błękitne płaszcze patroli najeźdźców uświadamiały, że groźba terroru nie została zażegnana. Ta ostatnia myśl sprawiła, że coś zimnego zacisnęło się na trzewiach Arianne. Wiedziała, że wszystko zależy od niej. A konkretnie, od jej łona oraz jego płodności.

Jej łono natomiast było zupełnie jałowe.

– Poszłam do nich brzemienna, wróciłam wolna. Tak to właśnie było – rzekła księżniczka, zasłaniając kotarę i odchodząc od okna.

Pomieszczenie tonęło w półmroku, rozświetlanym jedynie przez kilka smug dnia, prześlizgujących się do wnętrza przez szczeliny w zasłonach. Usadowiona na szezlongu kobieta przyglądała się jej uważnie. Jej oczy miały dziwny, czerwonawy kolor. Nawet w słabym świetle było to wyraźnie widoczne. Arianne nie spuściła wzroku.

– Proszę, powiedz, że umiesz mi pomóc – powiedziała za to. – Powiedz to, bo jeśli nie, to ta sielanka – wskazała na okno – nie potrwa dłużej, niż do Długiej Nocy. Gdy tylko się zorientują, Małe Zaślubiny wezmą w łeb i zacznie się jatka.

Kobieta wstała. Była wysoka, wyższa od Arianne o głowę. Niemłoda, lecz przystojna. Nie wiosenne kwiaty, lecz jesienny sad, skąpany w blasku południa, pełen drzew porzeczkowca brzemiennych kiściami nabrzmiałych owoców. Jej twarz była ciemniejsza, niż rodaków księżniczki, lecz także nieco innej barwy, niż brunatne, ogorzałe oblicza Stepowego Ludu. Bardziej popielnej. Czerwone oczy zdawały się błyszczeć na jej tle jak żar w dogasającym ognisku. Wyglądało to zarówno intrygująco, jak i niepokojąco. To była jednak z przyczyn, dla której Arianne nie ufała kobiecie.

– Dlaczego nie przyszłaś do mnie wcześniej? Dlaczego nie wtedy? – zapytała. Głos miała niski, przyjemnie ciepły i zaskakująco głęboki. Teraz to ona podeszła do okna, uchyliła kotarę i podwiązała ją wstęgą do haczyka w ścianie. Zrobiło się jaśniej. Od stepu powiało zapachem pylących traw.

– Dlaczego nie wtedy… – powtórzyła na głos Arianne, do siebie, do wspomnień. – Dobre pytanie. Chyba nie ufałam ci. Nie ufałam ci jeszcze bardziej, niż teraz – dodała, decydując się na szczerość. – Wszystkie Mama Brakha nazywały cię Kira Dûhm, Zbłąkanym Duchem. Byłam wtedy zżyta ze Stepowymi. Jej opinia była dla mnie niepodważalna. Może zaważyły też plotki. O tobie i moim ojcu. Nie wiem, czy to prawda. Nie interesuje mnie to. Już nie. Ale wtedy… Miałam swój honor. Tak mi się wydawało. Nie mogłam przyjść akurat tutaj. Dlatego wyszło, jak wyszło. Tak sądzę. Dlatego poszłam do nomadek.

Kobieta przyglądała się jej przez chwilę. Potem cień uśmiechu zamajaczył w kąciku jej ust.

– Podejdź – powiedziała.

Arianne podeszła. Stanęły obok siebie, przed oknem, za którym rozpościerał się widok na stolicę.

– Nomadzi to mistrzowie improwizacji. Ich trawne domy są zdumiewające. Lekkie i mocne. Wznoszone ledwie w pół dnia, a zdolne oprzeć się furii stepowej burzy. Dwa razy miałam okazję spać w czymś takim. Nie dość, że zapewnia ciepło, to jeszcze jest przyjemnie przewiewne i miłe dla oka. Doprawdy, imponujące. Jednak czy zatrudniłabyś Stepowych Ludzi do budowy tego? – spytała, wskazując na wieżę świątyni. Młody akolita dotarł właśnie do tilary. Pozdrowił słońce i zadął w ustnik. Nad stepem poniósł się niski, melodyjny zew.

– Chcesz powiedzieć, że aby zabić to dziecko, powinnam wówczas przyjść do ciebie, a nie do nich. Mogłaś oszczędzić mi wywodu. Zrozumiałabym. Poza tym twoje porównanie jest cokolwiek niezręcznie. Powinnaś zostawić to poetom.

Czerwonooka zaśmiała się lekko, niezrażona. Arianne zastanowiła się, dlaczego od początku wizyty próbuje ją rozzłościć. Nie wiedziała, ale nie mogła się oprzeć.

– Chcę powiedzieć, że łono kobiety jest skomplikowane. Nomadzkie wywary nie są. Usunęłaś dziecko, prawda, ale przy okazji zniszczyłaś dużo więcej. Aby to naprawić, musiałabym chyba cofnąć czas. Przeceniasz moje umiejętności.

Zamilkły. Dobiegająca z zewnątrz melodia również wybrzmiała. W ciszy, która zapadła, Arianne po raz pierwszy uświadomiła sobie w pełni swą bezradność. Gdzieś na dnie poczuła też pierwsze drgnienie paniki.

– Jeśli nie przystąpię do Małych Zaślubin, Nowe Cesarstwo zerwie warunki honorowej kapitulacji, czy jakkolwiek to zwą. To będzie koniec mojego ojca, mnie i sporej części ludzi, których właśnie widzimy przez okno. Jeśli przystąpię do ceremonii, to cesarskim medykom zajmie najwyżej trzy nowie aby zorientować się, że choć byłam niegdyś w ciąży, to już więcej nie będę. Uznają, że ich oszukaliśmy. W praktyce oznacza to zerwanie układu. Ty nie możesz mi pomóc. Znachorki nie mogą mi pomóc. Ojciec nie może mi pomóc. Bo nic nie wie. Poza tym, to raczej on liczy na moją pomoc. Nikt nie może mi pomóc. Wobec tego to miasto już jest martwe.

Zapadło długie milczenie. Kobieta odeszła od okna i zbliżyła się do stołu. Ze smukłej karafki nalała sobie wina. Arianne przysiadła na szezlongu, wpatrując się we wzory na posadzce. Nie widziała cienia uśmiechu, błąkającego się w kąciku ust swojej rozmówczyni.

– Być może jest pewien sposób. Pewne miejsce…

Arianne podniosła wzrok, na powrót skoncentrowana, skupiona.

– Jakie miejsce? – spytała.

– Takie, w którym można uzyskać nawet to, co niemożliwe.

Kobieta uśmiechnęła się niejednoznaczne, a Arianne nagle zrozumiała, że wie, o jakim miejscu mowa.

– Labirynt w górach Kahardaru.

Kobieta uniosła brew.

– Wiesz o nim? Nie doceniłam cie.

– To nie bajka? Mit? Wie o nim więcej osób.

– To miejsce jest tak stare, że obrosło w opowieści.

– Starocesarskie?

– Już księgi Starego Cesarstwa określały je jako pradawne. To nie starocesarscy je zbudowali, choć korzystali z jego możliwości. Dla swej potęgi i ostatecznie na swoją zgubę.

– Jakich możliwości? Jak labirynt może mi pomóc? – zdziwiła się Arianne.

– Sam labirynt nijak. Jednak w jego sercu jest coś, co może.

– Tak po prostu? Wypowiem życzenie, a ono się spełni, jak w bajkach dla dzieci? – sarkazm sam zabrzmiał w jej słowach, nieproszony.

Kobieta nie odpowiedziała od razu. Upiła łyk wina, podeszła do krzesła, stojącego pod ścianą, usiadła, założyła nogę na nogę.

– Jeśli nie chcesz, nie próbuj – powiedziała.

Arianne położyła się na szezlongu, wlepiła wzrok w sklepienie. Słowa kobiety wydały jej się zbyt fantastyczne. Z drugiej jednak strony, była ona jednak królewską konsultantką i kongregatką. Nie jakąś tam samozwańczą czarodziejką, opierającą swą wiedzę na jednej księdze, która kiedyś przypadkiem wpadła jej w ręce, ale prawdziwą kongregatką. Musiała wiedzieć, co mówi. Może to było jakieś wyjście. Poza tym, jeśli nie to, to co? Arianne była zmęczona. Potarła skronie. Przez głowę przemknęło jej, czy również jej ojcu zdarzało się leżeć w tym samym miejscu, gdy gościł u czerwonookiej? Czy służyła mu ona tylko radą, czy także ciałem, jak chciały złe języki? A może przeciwnie – utrzymywała umiejętnie dystans, jak teraz? Czy plotki o romansie króla były czczym wymysłem, czy rzeczywiście jej ojciec sypiał z tą kobietą? Czy pierwszy raz przyszedł tu zaintrygowany niecodzienną uroda czerwonookiej, czy kierował nim wyłącznie pragmatyzm? A może desperacja, jak nią teraz?

Kim była ta kobieta? Spojrzenie Arianne ześliznęło się z powały i spłynęło na rozmówczynię. Ta siedziała spokojnie, nieruchomo. Ciemny posąg, odziany w bordową suknię. Kolano lekko wysunięte z rozcięcia szaty. Ręka wsparta na podłokietniku. Smukły nadgarstek, dłoń ujmująca kielich, palec wskazujący prześlizgujący się po krawędzi naczynia. Kropla szkarłatnego napoju spływająca po wewnętrznej ściance. Oczy, niemal identycznego koloru, wpatrujące się w nią z nieodgadnionym wyrazem.

– Masz czerwone oczy – zauważyła Arianne. – Nigdy wcześniej takich nie widziałam. Czy to powszechne wśród twojego ludu?

Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie.

– Nie – odparła. – Są szczególne. To prawda. Nawet wśród mojego ludu. Można powiedzieć, że jestem trochę niecodzienna. Może właśnie dlatego wiem tyle, ile wiem i umiem to, co umiem.

Spuściła na chwilę wzrok. Gdy go podniosła, znów była poważna.

– Powtarzam. Jeśli nie chcesz, nie korzystaj z mojej propozycji.

Arianne zacisnęła usta. Była zagubiona. Wystraszona. Trochę nieufna. Jednak nie było to dla niej istotne. Obecnie jedna rzecz była ważna. Jedna jedyna: aby móc znów mieć dziecko.

– A jeśli chcę?

*

– Wszystko gotowe – powiedział Leto. Było chłodne, rześkie przedpołudnie. Rozbili obóz nieopodal wejścia do labiryntu, pod ścianą pozbawionej dachu ruiny jakiegoś niewielkiego, solidnego budynku, jednego z tych, o których opowiadał Gedof. Leto rozbił spakowany przezeń lekki, wojskowy namiot, rozpakował juki i puścił zdrożone wierzchowce na przełęcz. Zwierzęta zasłużyły na długi popas. Żaden koń nie byłby w stanie biec w takim tempie przez ponad dwa dni, jednak białe nomady to nie do końca konie. Były zmęczone, owszem, ale doba odpoczynku powinna zupełnie im wystarczyć. Arianne nie wiedziała, jak długo jej nie będzie. Podejrzewała jednak, że wróci nie wcześniej, niż nazajutrz.

Założyła ciepły, nieprzemakalny płaszcz Leto. Do torby spakowała dwie butelki wody i wojskowy prowiant – lekkie suchary i paski mięsa z wołu stepowego. W kieszeń płaszcza wsunęła dwie brosze z nibypłomienia, a do pasa przytroczyła lekki, damski kordelas, którym fechtowała od późnego dzieciństwa. Nie wiedziała, czego się spodziewać wewnątrz labiryntu. Czerwonooka nie wspominała nic o niebezpieczeństwach, jednak Arianne wolała być gotowa również na walkę.

Na koniec wzięła motek z nicią. Sama nie wpadłaby na to, że akurat ten przedmiot będzie jej potrzebny. Dostała go jednak od czerwonookiej. „A jeśli chcę? Jeśli chcę skorzystać z twojej propozycji?”, zapytała wówczas w wieży. „W takim razie będziesz potrzebowała tego. To pozwoli ci wrócić, jakkolwiek zdecydujesz się wracać”, odparła kobieta. Arianne dopiero u progu labiryntu zrozumiała, o co jej chodziło.

Przed wejściem w głąb góry tkwił postument zwieńczony ozdobnym pierścieniem. Do niego przywiązane były kruche resztki innych nici. Od jak dawna tu tkwiły? Gdy Arianne dotknęła jednej z nich, ta rozpadła się w proch. Dziewczyna pozostawiła więc pozostałe nietknięte. Ich wątki prowadziły do wejścia i niknęły w mroku.

Jednak to było potem, po ich pożegnaniu.

Leto przyglądał się jej, pozornie spokojny, jednak znała go zbyt długo, by nie dostrzegać niepokoju i zmieszania.

– To dobry pomysł – powiedział.

– Co? To, że tu przyjechaliśmy? – spytała Arianne.

– Ta nić. Sprytne. Ale czy jest wystarczająco długa?

Dziewczyna popatrzyła na motek. Gdy czerwonooka wręczała go jej, wydawał się wręcz magiczny. Teraz Arianne czuła się niedorzecznie, trzymając go w dłoni.

– Nie mam pojęcia. Powiedziała, że wystarczy. Że to nić, z której pleciono liny cumownicze do latających statków z początków Starego Cesarstwa. Podobno można było na nich opuścić kotwicę nawet z chmur – zaśmiała się nerwowo. – Nie wiem. Wierzysz w to?

Leto uśmiechnął się blado.

– Uczeni mówią, że to prawda. Z tymi latającymi okrętami. Że naprawdę istniały. Skoro tak, musiały jakoś kotwiczyć, prawda?

Arianne zamyśliła się.

– Nie ufam jej – westchnęła. – Nie ufam. Ale nie mam wyjścia.

– Chcesz, żebym poszedł z tobą? – w jego głosie zabrzmiała niemal nadzieja.

Pokręciła głową.

– Wejdę sama. Mówiła, że muszę wejść sama.

– Mówiłaś, że jej nie ufasz… – spróbował.

– Mówiłam. Nie ufam jej. I trochę ufam. Proszę, nie naciskaj.

Patrzyli na siebie długą chwilę. Słońce wspinało się po zboczach gór. Rzadkie pióropusze chmur prześlizgiwały się po szczytach. Było pięknie, chłodno i smutno.

– Zatem odprowadzę cię tylko do wejścia – powiedział w końcu.

– Tylko do wejścia – odpowiedziała.

Poszli razem, po trawiastej przełęczy, potem pod górę, nieco ponad starocesarskie ruiny, aż do ziejącego w zboczu otworu. Tam właśnie znajdował się postument z pierścieniem. Zgodnie z radą czerwonookiej. Arianne przywiązała doń cienki jak pajęczyna koniec nici. Weszła do labiryntu. Po kilku krokach odwróciła się i spojrzała za siebie. Leto stał tam, w świetle dnia. Starszy, bardziej chmurny, niż wtedy, gdy nieostrożnie zakochali się w sobie. Ale jednak ten sam. Jej. Niepoprawnie, niewłaściwie jej.

– Nie żałuję – powiedziała głośno. Widziała, że usłyszał. – Źle się stało. Ale niczego nie żałuję. To były nasze najpiękniejsze dni.

***

Po wejściu do labiryntu szybko ogarnęła ją ciemność. Dziewczyna zapaliła broszę z nibypłomienia. Blade, białobłękitne światło rozlało się z klejnotu, rozświetliło drogę.. Arianne rozejrzała się. Ściany wykuto równo i precyzyjnie. Ich powierzchnie były gładkie, jakby ledwie wczoraj wypolerowały je pieczołowicie wprawne dłonie kamieniarzy. Posadzkę pokrywała równiutka warstewka kurzu, odznaczająca się nieznacznymi zgrubieniami tam, gdzie biegły wątki pozostawionych przez poprzedników nici.

Arianne postanowiła podążyć najpierw za nimi. Wybrała jeden i ruszyła wzdłuż niego. Droga wkrótce rozdzieliła się na dwie odnogi, potem ponownie i znowu. Nici również podzieliły się, ona zaś szła tropem jednej, wybranej. Szybko doceniła też swoją własną nić. Motek rozwijał się z cichym, kojącym terkotem, ona za była wdzięczna, że go ma, bowiem już po kilku rozwidleniach zaczęła tracić orientację. Jej kroki wzbijały z posadzki drobne obłoczki kurzu i odbijały się cichym echem od ścian korytarza. Mijała kolejne rozwidlenia, upływały minuty, może godziny.

Wówczas dotarła do rumowiska. Korytarz zapadał się nagle i niespodziewanie, pochłaniajac drogę, którą podążył któryś z jej poprzedników. Jego nić niknęła pod gruzami.

Arianne zawróciła. Nawijając nić na motek, bezwiednie przyspieszała, jakby w obawie, że za kolejnym zakrętem dostrzeże swoją własną nić, przywaloną gruzami stropu. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Gdy w końcu dostrzegła niewyraźną jasność, wydobywającą z mroku ściany przed sobą, zrozumiała, że wróciła w okolice wejścia.

Jak długo mogło jej to zająć? Dwie godziny? Trzy? Dziesięć? Nie potrafiła tego określić, mimo że zdawało się jej, że cały czas pozostawała skupiona i czujna. Dotknęła broszy z nibypłomienia. Wtopiony w nią kryształ powinien rozgrzać się po dwóch godzinach używania, jednak klejnot wydał jej się zupełnie chłodny. A zatem nie tylko poczucie przestrzeni ulega tu odkształceniu, pomyślała. Coś dziwnego dzieje się także z czasem, potęgując zagubienie.

„Zawsze mogę po prostu wrócić”, pomyślała, spoglądając ku jasności bijącej od wejścia. Może nowoimperialni medycy będą w stanie zaradzić coś na jej stan? Szybko jednak odrzuciła tę myśl. Polityka posługuje się wieloma narzędziami, jednak nadzieja nie jest jednym z nich.

Arianne odszukała więc wzrokiem kolejną nić i podążyła jej tropem. Po nieokreślonym czasie powróciła. Również ta droga kończyła się zawaliskiem. Tak samo było z pozostałymi.

„Czy i mnie to spotka?”, myślała dziewczyna, zagłębiając się w niezbadane dotąd korytarze. „Czy mnie również labirynt pochłonie wraz z moją nicią, moim motkiem?”. Zdjęta lękiem, lecz uparta, brnęła dalej w głąb. Wybierała odnogi wiedziona przeczuciem. Kierowała się intuicją. Czasami wracała, napotykając na ślepy zaułek, wybierała inną drogę i szła, szła, szła.

Czy da się wędrować śniąc? Czy można iść, nie będąc do końca świadomym, że się idzie? Arianne nie wiedziała tego, mogłaby jednak przysiąc, że zatapiała się w myślach tak głęboko, że zdawały jej się prawdziwsze, niż ściany korytarzy. Krok, krok, krok – znów była dzieckiem, znów dokazywała wśród taborów. Krok, krok, krok – i przemierzała swobodnie uliczki Miasta Wśród Traw. Wymieniała pierwsze pieszczoty z Leto, przeżywała lęki ciąży. Krok – i była w podróży po dominium, wraz z ojcem. Echo odbijało się od ścian labiryntu, odmierzało jej wędrówkę cierpliwym, monotonnym interwałem.

Prawie się nie zorientowała, gdy pogłos zaczął wsiąkać w jakąś rozleglejszą ciszę, nieść się dalej i wyżej. Jakiś nowy blask, inny, niż jej nibypłomień, rozświetlił przestrzeń, nagle rozległą, niemal przepastną. Miriady lśniących drobin, jakby świetlików. I Arianne zrozumiała, że jest tam, w miejscu z legend. Szła dalej, targana emocjami, aż dotarła do drzewa i dziecka o twarzy starca.

I nie było już „wtedy”. Zostało tylko „teraz”.

***

Arianne czeka, stojąc po kolana w sadzawce. Chłodna woda przynosi ulgę jej zdrożonym nogom. Pod taflą falują pukle cieniutkich wici. Wyrastają ze splątanych, gruzłowatych korzeni drzewa, płożących się po dnie, tu i tam wystających na powierzchnię, jak grzbiety zdrewniałych węgorzy.

Dziecko stoi o krok od niej i przygląda jej się spojrzeniem, które jest jednocześnie skupione i niewidzące, jakby patrzyło zarówno na nią, jak i na coś nieskończenie odległego. Arianne chciałaby odwrócić się, podążyć za jego wzrokiem, ale nie ma śmiałości. Obawia się, że jeśli obejrzy się za siebie, to wszystko to zniknie.

Wyznała dziecku-starcowi wszystko, jąkając się i zacinając. Ono natomiast nie powiedziało nic. Kiwało tylko swą groteskową głową z nieodgadnionym uśmiechem, a potem znieruchomiało. Arianne obawia się, że powinna powiedzieć coś więcej, ale nie wie, co.

– Czy mogę… Czy mogę zatem powiedzieć życzenie? – pyta w końcu, nie mogąc dłużej znieść ciszy.

– Tak – odpowiada dziecko.

– I mogę życzyć sobie czegokolwiek? Cokolwiek zamarzę? – upewnia się Arianne.

– Cokolwiek, co możesz sobie wyobrazić.

Dziewczyna waha się. Dlaczego nie życzyć sobie upadku Nowego Cesarstwa? Władzy nad światem? Dlaczego nie pójść na całość, zamiast ograniczać się do niewielkiej zmiany? Jednak czy potrafi to sobie wyobrazić? Świat, w którym Nowe Cesarstwo upada, lub taki, w którym to ona dzierży władzę? Nie sposób objąć umysłem morza traw. Wędrując przez stepy, trzeba mieć punkt odniesienia. Jeden.

I już wie. Pozostanie przy konkretnym celu. Tym, po który przyszła.

– Czy mam to powiedzieć na głos? – pyta Arianne.

– Nie musisz – odpowiada dziecko.

– I… to wszystko?

– Nie. Przetnij nić.

Arianne spogląda na motek, potem na dziecko o twarzy starca.

– Mam… przeciąć?

– Niech ucięte końce opadną do wody.

Dziewczyna wykonuje polecenie. Wyciąga kordelas, rozwija nieco nici i przecina ją zdecydowanym pociągnięciem. Końcówki splotu opadają powoli do sadzawki, zanurzają się w niej.

– A teraz podlej je krwią – mówi dziecko.

Arianne przez chwilę nie rozumie, potem jednak dociera do niej, o co prosi jej groteskowy rozmówca. Przykłada klingę do dłoni i przecina ją. Krew wypełnia ranę. Dziewczyna przecina dłoń, zaciska pięść i skrapia czerwoną stróżką taflę wody.

W tej chwili pukle wici ożywiają się, drżą, wyciągają się ku niciom i krwi, a gdy docierają do nich, łączą się ze splotem. Wówczas drżenie przebiega przez korzenie drzewa, jego pień i konary. Miriady świetlików lśnią wzmożonym blaskiem, a w oddali rozlega się głuche tąpnięcie. Drżenie przebiega przez posadzkę komnaty, liczne zmarszczki przebiegają przez taflę sadzawki. Dziecko-starzec natomiast powoli rozciąga usta w uśmiechu. Wygląda niewinnie i strasznie zarazem.

– Dokonało się – mówi, a Arianne przebiega dreszcz.

– Co teraz? – pyta dziewczyna.

Pokraczna postać wyciąga palec. Arianne spogląda we wskazaną stronę i dostrzega jaśniejącą bladym blaskiem ścieżkę, która pojawiła się po przeciwległym brzegu sadzawki.

– Po prostu idź.

– Iść? To wszystko? – upewnia się. – Tędy, a nie tam, skąd przyszłam?

– Nie ma już tam, skąd przyszłaś.

Arianne przez chwilę odczuwa lęk. Leto będzie się martwił, jeśli nie wróci. Zapewne spróbuje wejść za nią, będzie jej szukał. Dziewczyna ma przeczucie, że wie, na co wówczas natrafi – na zapadnięty korytarz z jej nicią niknącą w zawalisku.

Idzie więc tam, gdzie wskazało dziecko o twarzy starca. Wychodzi z sadzawki i wkracza na ścieżkę. Rusza przed siebie, najpierw powoli i z wahaniem, ale potem pewniej. Po chwili odwraca się, patrzy ostatni raz na drzewo, sadzawkę, potężne konary, małego człowieczka, wreszcie na motek, który trzyma w dłoni. Chce zapytać o coś jeszcze, ale seledynowa mgła naciąga swój całun na pozostawioną z tyłu scenę.

Arianne zostaje sama. Rusza dalej tam, gdzie prowadzi ją ścieżka. Po pewnym czasie mgła ustępuje. Echo jej kroków przestaje odbijać się od odległych ścian, staje się coraz bliższe, a potem sala zwęża się na powrót w korytarz. Prosty, długi, ciemny. Arianne zapala broszę. Ściany korytarza są równe, posadzka gładka i czysta. W jakiś sposób dziewczyna wie, że nikt przed nią tędy nie chodził.

***

Wreszcie dociera do drzwi. Z bijącym sercem naciska klamkę, spodziewając się podświadomie, że będą zamknięte, a ona pozostanie tu na zawsze. Tak się jednak nie dzieje. Drzwi ustępują bez oporu, a Arianne widzi za nimi swoją komnatę w zamku królewskim w Mieście Wśród Traw. Wkracza do środka. Podchodzi do toaletki, do misy z wodą, odkłada motek i obmywa piekącą dłoń. Zawija ją w jedwabną serwetkę i wygląda przez okno. Jest przedświt. Różowa łuna puchnie powoli na wschodzie, blask poranka zaczyna wlewać się nad step. Miasto jest jeszcze ciche, spowite w długie, niewyraźne cienie. Niedaleko za murami widać przycupnięty pod wzgórzem tabor. U podstawy wieży świątynnej Arianne widzi sylwetkę człowieka, który wkrótce rozpocznie mozolną wędrówkę na szczyt, aby zadąć w róg zwany tilarą i obwieścić nowy dzień.

Dziewczyna odchodzi od okna. Zdejmuje brudne ubrania. Zdrową dłonią obmywa twarz, po czym podchodzi do garderoby i ubiera się. Nie znajduje swoich ulubionych ubrań, zakłada więc jedną z wiszących tam szat – zbyt ceremonialną i oficjalną, jak na jej gust. Wychodząc z garderoby, przypomina sobie o drzwiach. Spogląda w ich stronę, lecz za nimi widzi zwykły, zamkowy korytarz. Ostrożnie wychodzi na zewnątrz. Para królewskich gwardzistów pilnuje jej drzwi. Na jej widok wyprężają się jak struny. Arianne zastanawia się, co też tutaj robią, uśmiecha się pod nosem, wraca do komnaty i zamyka drzwi. Następnie dzwoni na służkę.

Służka zjawia się po kilku minutach. „Jolena”, Arianne przypomina sobie jej imię. Przypomina sobie też, że Jolena nie służy na tym piętrze zamku. Dziewczyna kłania się jej.

– Wasza wysokość.

– Jestem głodna – mówi Arianne. – Przynieś mi coś do jedzenia. Cokolwiek. Może być potrawka z birty. I jakieś owoce. I wino, ale słabe.

Jolena kłania się krótko i rusza do drzwi. Arianne powstrzymuje ją.

– Joleno…

Dziewczyna staje, odwraca sie.

– Tak, wasza wysokość?

Arianne przygryza wargę. Waha się. Po chwili mówi.

– Miałam… przedziwny sen. Bardzo prawdziwy. Obudziłam się trochę zdezorientowana. Powiedz mi proszę – waha się. – Powiedz mi, czy jest tu Leto?

Dziewczyna patrzy na nią w milczeniu. Otwiera usta, aby odpowiedzieć, ale zamyka je. Widać, że jest zmieszana. I wystraszona.

– Nie obawiaj się, to jest zwykłe pytanie – uspokaja ją Arianne.

– Wasza wysokość ma na myśli Leto Vatisa, generała kompanii karnej? – upewnia się nieśmiało służka.

„Kompanii karnej”, zauważa Arianne. Nie daje po sobie niczego poznać.

– Tak, generała Leto Vatisa – potwierdza.

– Ale – waha się Jolena. – Generał Leto poległ trzy tygodnie temu. W Bitwie Długiego Nowiu. Razem z ojcem Waszej Wysokości.

Arianne stara się opanować, lecz czuje, jak krew powoli odpływa jej z twarzy. Cofa się ostrożnie i przysiada na skraju stołu.

– Walczyliśmy z Nowym Cesarstwem? – pyta.

– Oczywiście! – wykrzykuje zdumiona Jolena, po czym cicho poprawia się – To znaczy, tak, z Nowym Cesarstwem, Wasza Wysokość. Przecież…

Arianne ucisza ją gestem dłoni. Oddycha głęboko, aby się uspokoić. Służka wygląda na równie wystraszoną. Księżniczka wstaje, powoli podchodzi do okna, potem wraca i znów siada. Próbuje się odezwać, ale głos więźnie jej w krtani. Po chwili szepcze:

– A więc przegraliśmy?

Oczy Joleny są wielkie jak Drugi Księżyc w pełni.

– Ależ nie. Wasza wysokość! Wygraliśmy. Wasza wysokość wygrała. Dowodziła prawym skrzydłem, ciężkozbrojnymi z Magretu oraz lekką szarżą Ludzi Traw. Wasza wysokość kompletnie zaskoczyła i zdruzgotała najeźdźców. Tak mówią żołnierze. Tak śpiewają bardowie. Wygraliśmy. Cesarstwo się wycofało. Wasza wysokość…

Zapada długie milczenie, podczas którego w umyśle Arianne rzeczy trafiają powoli na swoje miejsca.
Wyłaniają się z jej pamięci. Wsparcie Ludu Traw, małżeństwo z księciem Magretu, sojusz, wspólna armia. Nowe Cesarstwo nie zdołało zagarnąć Stepów. Po raz pierwszy zostało powstrzymane.

– Dziękuję, Joleno. Przynieś mi proszę śniadanie – mówi już spokojniej i uśmiecha się lekko. Wciąż jednak ma wrażenie, że powinna zapytać o coś jeszcze. Coś oczywistego, na czym nie może zogniskować myśli. Wreszcie uświadamia sobie, co to takiego.

– Jeszcze jedno, Joleno. Czy ja mam dzieci?

Jolena wygląda, jakby miała za chwilę skonać ze strachu.

– Tak, wasza wysokość – dobiega odpowiedź. Arianne odwraca się w stronę drzwi, w których stoi kobieta w długiej, czarnej sukni. Jej oczy są czerwone. Jolena kłania się nisko i uwolniona od konieczności odpowiedzi ucieka, wbrew etykiecie. Czerwonooka podchodzi bliżej.

– Książe pozostaje bezpieczny w Magrecie. Ma nieco ponad cztery lata i jest bardzo podobny do waszej wysokości. Choć bardzo niepodobny do swego ojca, następcy tronu wyżynnego królestwa. Możesz mieć więcej dzieci. Był taki dzień, kiedy musiałaś dokonać wyboru. Wybrałaś wbrew swemu sercu, ale wybrałaś słusznie – mówi, skłaniając nieznacznie głowę.– Tak właśnie postępują władcy.

Arianne Adana, Królowa Stepów, Siostra Krwi Ludzi Traw i Jutrzenka Magretu uśmiecha się blado, potem odwraca, podchodzi do okna i spogląda na Miasto zalane blaskiem poranka. Patrzy na barwne płachty targowych kramów, rozpościerane przez pojawiających się na placu kupców. Na potężne blanki Drugiego Muru. Na skrzącą się serpentynę Traszki, śmigającą raźno pod łukami miejskich mostków. Na człowieka wspinającego się po schodach świątynnej wieży, docierającego właśnie do rogu. Na świat. Jej świat.

Wreszcie spogląda na swoją dłoń. Odwija chustę. Patrzy na bliznę, świeżą, nie starszą, niż miesiąc. Od cięcia nowocesarskiego miecza. Pamięta to wyraźnie, podobnie jak twarz żołnierza, którego chwilę później pozbawiła głowy.

Jednak pamięta też coś innego. Jakiegoś człowieczka przy dziwnym drzewie. Jakieś obce, intrygujące uczucia. Jakieś niebyłe wspomnienia. Jednak coraz bardziej mgliście. Tak, jak pamięta się ulatujący sen.

Zew tilary niesie się nad Miastem i stepem. Wstaje nowy dzień.

***

Czerwonooka kobieta spogląda na plecy zapatrzonej w dal królowej. Podchodzi do pozostawionego obok misy z wodą motka z nicią. Podnosi go, odcina splot i chowa przedmiot w poły swej szaty. Na jej ustach błąka się cień lub zapowiedź uśmiechu.