Nie ma mnie na Facebooku, więc wiele rzeczy mi umyka (a z drugiej strony, inne mi nie umykają, ale nie o tym ten wpis). Umknęły mi więc początki mody na morsowanie.
– G.M. morsuje! – oznajmiła mi jakiś czas temu G. – Nigdy bym się tego po niej nie spodziewała. Ona?! Z jej zamiłowaniem do komfortu i wygody?
Puściłem to mimo uszu, choć – rzeczywiście – fakt, że G.M. włazi do przerębli wydał mi się dość groteskowy. Z drugiej strony, dziewczyna ledwo co wyszła na prostą po latach życiowej traumy i jeśli chce włazić do lodowatej wody, by chwytać chwilę, to niechże włazi, na zdrowie.
Kolejne dni to kolejne rewelacje o morsujących znajomych.
– Cholera, I. też morsuje – martwi się G., oglądając wpis od antykoleżanki z pracy. – Może to i dobrze. Teraz nie mogę spróbować, nawet jakbym chciała.
– Czy ktoś może mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym morsowaniem? – dziwi się prezenter radiowy. – Gdzie nie spojrzę, tam ludzie w slipach włażący do zimnej wody. Ludzie, czy was już kompletnie porąbało?
Tak jak ładnych parę lat temu wszyscy nagle zaczęli biegać, chwaląc się swoimi osiągami na Endomondo, tak obecnie naród pokochał kąpiele na mrozie. Chodzi o zdrowie? Hart ducha? Częściowo zapewne tak, w sumie to dobrze, że wzmacnianie odporności stało się trendy. Śmiem jednak twierdzić, że za epidemię morsowania odpowiadają głównie… sieci społecznościowe. Skoro już G.M., osoba miłująca komfort i wygody, może się na to zdobyć, to co, ja nie dam rady? Hold my beer!
Podejście na Śnieżnik z Międzygórza, -7° C, nagły atak zimy, największe mrozy od ładnych paru lat. Piechurów zatrzęsienie. Czujemy się trochę, jakbyśmy wybrali się na Śnieżkę lub Giewont w szczycie sezonu.
– Tu tak zawsze? – pytam kolegę A., który na Śnieżnik w ostatnich latach wlazł już parę razy w różnych porach roku. Ja ostatnio byłem w czasach licealnych z wycieczką PTTK. Inne życie, inny świat.
– Nie. Pierwszy raz coś takiego widzę.
T. pędzi do przodu z zapałem, A. jęczy, że nie może iść, bo jej zimno w paluszki u stóp. Ciągnę ją na sankach, w związku z czym jeszcze bardziej jej zimno, bo się nie rusza. Jednak iść nie chce. Klasyczna sytuacja, kwadratura koła. Gdy tak posuwamy się mozolnie w górę, mijani przez liczne grupy innych zimowych piechurów (z uwagi na nasze znikome tempo), nagle słyszymy z tyłu poruszenie. Przy akompaniamencie okrzyków, uwag czy wyrazów niedowierzania, nadciągają dwaj morsowie górscy w krótkich spodenkach i skarpetach, z gołymi, rumianymi od mrozu klatami. Niemal truchtając, mijają nas. Towarzyszy im w pełni ubrana dziewczyna z plecakiem turystycznym. Żywię nadzieję, że ma w nim ich ubrania oraz ciepłą herbatę.
Potem dowiaduję się, że morsowanie górskie to kolejny, bardziej elitarny trend, a mijający nas jegomoście, bynajmniej, nie robili tego w wyniku przegranego zakładu na wieczorze kawalerskim. Jeszcze później czytam, że ratownicy górscy znieśli z Babiej Góry na wpół zamarzniętą turystkę, odzianą jeno w stanik sportowy i szorty, a krótko później jakiegoś innego typa, bodajże w Tatrach.
Cóż, dobór naturalny sam wyeliminuje głupotę, można by rzec. Myślę jednak, że pochopne oceny mogą być błędne. Odpowiednio wytrenowany i przygotowany organizm zapewne jest w stanie znieść takie eskapady i wynieść z nich korzyść. Problem polega na tym, że wskutek epidemicznej mocy social mediów wyzwanie podejmują organizmy niewystarczająco wytrenowane i przygotowane.
Myślę jednak, że to, wciąż, mniej niebezpieczna social mediowa epidemia, niż covidosceptycyzm, antyszczepionkostwo czy jerzyziębizm.