Między dziejami a codziennością

Miasteczko Skradin jest pełne turystów tego upalnego, lipcowego dnia. Można spokojnie przyjąć, że jest pełne turystów przez cały sezon, gdyż leży przy samym ujściu rzeki Krka, stanowiącej oś malowniczego parku narodowego. Ponadto, w Skradinie znajduje się duża, piękna marina, do której cumują – wedle mojego zrozumienia – łodzie pływające po Adriatyku. Koryto rzeki jest tu rozległe i głębokie, a do otwartego morza jest ledwie kilkanaście kilometrów, jak nie mniej.

Nie mniej, ciężko powiedzieć, czy jest tu z czego żyć poza sezonem. Spalona ziemia raczej nie wydaje plonów. Być może da się uprawiać oliwki, figi czy owoce, jednak raczej na niewielką skalę. Rybołóstwo? Być może, jednak coś mi mówi, że turystyka to jedyna branża, która się tu liczy.

Wjazd do miasteczka jest dozwolony tylko dla dopuszczonych aut. Parkujemy na parkingu buforowym na skraju zabudowy, jak wszyscy. Na starówkę, stanowiącą większość tutejszej zabudowy, idziemy pieszo. Z nieba leje się żar, jednak w wąziutkich uliczkach można znaleźć cień i wytchnienie. Stary tynk łuszczy się na spalonych słońcem fasadach.

Idziemy do informacji turystycznej. G. pyta, co można zobaczyć w Skradinie. Chuda, krótko ostrzyżona Chorwatka z ostrym jak brzytwa makijażem unosi brew.

– Tu? Czy w parku narodowym?

Odpowiadamy, że w miasteczku. Kobieta uśmiecha się półgębkiem.

– No dobrze. Jest tu trzystu mieszkańców i trzysta metrów wzdłuż i wszerz. Do lunchu jesteście w stanie poznać wszystkich mieszkańców. Tu, za wami, jest główna ulica, a tam, nad rzeką, jest marina. Tu i tam można dobrze zjeść. Jest jeszcze cmentarz i ruiny twierdzy – opowiada, a ja słyszę, jak między wierszami wspomina, iż nie ma tu absolutnie nic ciekawego, psy szczekają dupami, a gdyby nie turystyka, wogóle nic by się nie działo. Sprawia wrażenie osoby zdumionej, że miejsce takie, jak Skradin może komukolwiek wydawać się interesujące.

Nam mimo to takie się właśnie wydaje. Osadnictwo na tym terenie sięga czasów przedrzymskich, lokalizacja sprzyjała handlowi i budowie fortyfikacji, co też uskuteczniano w czasach Imperium, gdy to Chorwacja była Dalmacją. Nie mamy pojęcia, kiedy wybudowano twierdzę, której ruiny zwiedzamy, kiedy powstały przywodzące na myśl Wenecję kamienice, których ciasna konfiguracja tworzy wkomponowany w zbocze labirynt uliczek, jednak czuję aurę dziejów, spowijającą to miejsce.

A może to nie aura, tylko upał.

Według broszurki informacyjnej, Skradin to ulubione miejsce Billa Gatesa w Chorwacji. Nie wiedziałem, że Gates wogóle bywa w tym kraju. Nie mniej, wychodzi na to, że mamy trochę zbliżony gust.