Każdy chciałby lecieć w kosmos

Każdy chciałby lecieć w kosmos. Tak przynajmniej wydawało mi się, odkąd skończyłem dziesięć lat. Tak to pamiętam. Wówczas to na moim komputerze wyróżnione miejsce zajęły gry w klimatach science-fiction, a na regale z książkami futurystyczna literatura, wypuszczana seriami przez Wydawnictwo Amber. Sci-fi pochłaniałem namiętnie, aż do bólu siatkówek, a w tzw. międzyczasie zasiadałem za sterami myśliwców gwiezdnych w Wing Commander, uprawiałem międzyplanetarną kontrabandę w Privateer oraz walczyłem z Imperium (lub Rebelią) w X-Wing lub TIE Fighter.

Potem lochy, smoki i magia rzuciły na mnie urok, a jeszcze potem tzw. poważne sprawy, jak filozofia i życie. Im jestem starszy, tym bardziej jednak dziecinnieję, być może na zasadzie podobnej do wojny postu z karnawałem – gdybym przez cały czas miał być poważny i pochłonięty wyłącznie dojrzałymi zajęciami, to bym najprawdopodobniej oszalał.


Oglądam sobie obecnie na Netflixie dokument o katastrofie promu Challenger. Odnoszę wrażenie, że dokumenty wychodzą Netflixowi całkiem nieźle, lepiej na pewno, niż wiele seriali. Ten toczy się powoli, ale przynosi wiele detali, naświetla konteksty, odkrywa drobne fakty, stanowiące tło całej tragedii. Niewątpliwie połowa lat 80. w USA była czasem, gdy właśnie każdy chciał latać w kosmos i kosmos ten wydawał się na wyciągnięcie ręki, jednak był to entuzjazm podszyty ignorancją. Opinia publiczna nie była po prostu świadoma, jak niebezpieczną aktywnością jest latanie w przestrzeń, a gdy zdała sobie z tego sprawę, zachwyt i zapał zgasły.

Często rozmawiamy z T.S. o tym, czy obecny renesans wiary w loty na Księżyc, Marsa i tak dalej, nie zostanie zdmuchnięty przez falę uderzeniową podobnej tragedii. Myślę jednak, że obecnie sprawa jest inna. SpaceX to prywatna firma, w przeciwieństwie do NASA, czerpiącej większość środków z budżetu USA (może się mylę?). Elon Musk udowadnia, że można latać w kosmos inaczej (i taniej!), niż praktykowano to przez wcześniejsze pół wieku. Podobną ścieżką podążają inni z sektora prywatnego, jak np. Virgin Galactic. Ponadto, nikt dziś nie żywi już naiwnego przekonania, że polecieć w przestrzeń to jak wsiąść do samolotu pasażerskiego. Zarówno w dyskursie fachowym, jak i obiegowej, popkulturowej świadomości, jest to czynność niebezpieczna, obarczona dużym ryzykiem niepowodzenia, a także śmierci astronautów. Nie sądzę więc, aby ewentualna katastrofa Dragona miała wstrzymać drugi wyścig do w kosmos. Tym bardziej, że w grze są już nie tylko USA czy Rosja, ale także Europa, Chiny czy Indie, a kolejne kraje lub regiony geograficzne widzą coraz większy sens (również ekonomiczny), aby odpalić – że tak powiem – swoje programy kosmiczne.


M. nie chciałaby latać w kosmos, bo latanie w kosmos jest niebezpieczne. Odnoszę też wrażenie, że M. patrzy z pewnym pobłażaniem na moje kosmiczne fascynacje. Umówmy się – czasem pobłażanie to ufundowane jest na solidnych podstawach. Jak tu traktować poważnie faceta, który lata barką górniczą w EVE Online i wydobywa skordyt z asteroidów, przy okazji realizując realne zlecenie dla realnego klienta na drugim monitorze?

– Który to ty, tata? – pyta A., wskazując na przesuwającą się powoli panoramę taktyczną czwartego pasa asteroidów w Bagodanie, upstrzoną różnorakimi znacznikami. Ona bardzo poważnie traktuje faceta latającego statkiem kosmicznym, mimo że jest to statek wirtualny, podobnie jak oblatywany przezeń kosmos.

– Ten tutaj, powiększę – mówię, przybliżając widok mojej amarskiej Ventury. Jasnoniebieskie smugi laserów górniczych drążą orbitowany przeze mnie masywny kloc kamienia. Ukrytą w nim, dość pospolitą rudę sprzedam na wolnym rynku za około milion isków.

– Super! – mówi A. Również T. przychodzi popatrzeć. Na krótką chwilę jesteśmy kosmiczną rodziną. Dobre i to. Realnych lotów w kosmos, dostępnych dla każdego, nie tylko dla zawodowców, zapewne nie dożyję. Niewykluczone, a nawet prawdopodobne, że nie dożyją ich też moje córki. Mogę więc polatać sobie przynajmniej na niby, jak prawie trzydzieści lat temu.


Czasami lubię, gdy czas zatacza koło.