Coraz bardziej przeźroczysty

Gdy był młody, był esencjonalny jak zbyt długo parzona herbata. Zdecydowany w poglądach, pochopny w ocenach, mniej raptowny jednak w działaniu. Zawsze zbyt dużo myślał i był zbyt przywiązany do koncepcji tożsamości. Bał się, że nieprzemyślanym ruchem zaprzeczy sam sobie. Terroryzował go własny imperatyw konsekwencji. Inercja wciągała jak bagno.

Mijane lata wypłukały go z barwy. Smak, który pozostał, miał cierpkość drwiny. Obracał ją w ciepłą, multimodalną ironię, oddając blady uśmiech sięgający oczu.

To ważne, by uśmiech sięgał oczu.

Obecnie czuł się raczej jak szklanka wody, przez którą widać rzeczywistość zakrzywioną, co prawda, do jakiejś swoistej geometrii, jednak niezabarwioną nim samym. Przeczytał ostatnio w powieści o starym chińskim obrazie przedstawiającym trzech arhatów. Uśmiechnięci, łysi starcy z krzaczastymi brwiami, tańczą pod drzewem, a ich jasne oblicza spoglądają już jako bycie wolne od grawitacji samsary. Zapytał nawet sztucznej inteligencji, czy malowidło takie rzeczywiście istnieje. Nie istniało.

Było mu to w gruncie rzeczy obojętne. Nie był pewien, czym jest istnienie.

Od czasu do czasu przywoływał dawne ja, jak awatara. Robił to, gdy trzeba było zająć stanowisko, wykazać się zdecydowaniem, wziąć udział w retorycznym pojedynku. Tak, nadal to potrafił – wzuć się jak rękawiczkę, przeprowadzić precyzyjne cięcie, powrócić do siebie. Do przeźroczystości. Do szklanki pełnej czystej wody.

Nie wiadomo tylko, czy do połowy pełnej, czy pustej.