Pan Sowa
Znowu pracował do późnych godzin dziennych. Kot dawno już zwinął się w kłębek, poszedł spać. Szpile ultrafioletu wbijały się w mrok pokoju przez szpary w roletach. Tuż nad jego głową. Jeszcze tylko dwie, trzy godziny…
Znowu pracował do późnych godzin dziennych. Kot dawno już zwinął się w kłębek, poszedł spać. Szpile ultrafioletu wbijały się w mrok pokoju przez szpary w roletach. Tuż nad jego głową. Jeszcze tylko dwie, trzy godziny…
Coś tam prześwituje wskroś błysków w rytmie techno. Jakaś zmarszczka, kurzajka, siwy włos. Tłusty beat uderza szybciej, niż serca słuchaczy, zabujanych w czymś, czego – ewidentnie – nie widać. Roztętnione piwnice, kible w estetyce Trainspotting….
na skraju drogi brzmią tu zapamiętale świerszcze i chrząszcze
bańki mydlane szybują pchane wiatrem w pełnym słońcu – pyk!
Wygrzebał się z błota i usiadł na skrzyżowaniu dróg, niepewny, dokąd pójść. Chmurny, bezbarwny poranek dawał niewiele światła. Gdyby choć ślad wczorajszego dnia wskazał mu, z której strony przyszedł… Nie było jednak niczego, co wyróżniałoby…