Właśnie siedzę sobie na skraju lasu, przycupnąwszy na kamieniu, który przezornie przykryłem własną czapką, aby nie zmarzła mi dupa. W końcu jest początek stycznia, nadzwyczaj ciepłego, co prawda, but still.
Przede mną otwiera się pole, które ciągnie się pewnie do samej rzeki, której koryto leży nieopodal. Od strony odległych zabudowań wiejskich dobiegają mnie od czasu do czasu gardłowe pomruki traktora. To podobno rusycyzm. Powinno się mówić: „ciągnik”.
Być może to ważne.
Siedzę więc sobie i czytam Mountain View. Jakaż piękna apokalipsa! Koniec jeszcze nigdy nie był wypowiedziany tak gładko, zmyślnie i nie wprost. A może i był, ale na pewno nie przeze mnie.
W odległości kilkuset kroków od mojej leśnej czytelni czuwają dwie duże, myśliwskie ambony. Pomalowano je na ciemną zieleń i ustawiono w odległości około dwustu kroków od siebie. Nie jestem w stanie wyczytać niczego z ich ciemnych, pustych okien. Być może ktoś czai się w ich głębi, jak zła myśl, bierze mnie właśnie na cel. Z nudów.
Bo przecież nic się nie dzieje.
Całe szczęście, na razie nikt do mnie nie strzela.