2023 rok otworzył deficytem czasu. Liczba spraw, które chciałby zrobić, umiejętności, które chciałby posiąść, nowości, których chciałby doznać odkładała się na kolejnych dniach jak kurz, lub może narastała jak stosik książek do przeczytania. Tytuł na tytule, narracja na narracji, wszystkie warte uwagi i wszystkie oczekujące na swój dzień, który – co wielce prawdopodobne – może nigdy nie nadejść.
Gdy o tym myśli, obmywany falami powszednich obowiązków, dźwięków i relacji wynikających po prostu z konieczności trwania z dnia na dzień, dochodzi do wniosku – nie po raz pierwszy – że życie jest w dużej mierze sztuką redukcji. Że chodzi nie tyle o uświadomienie sobie, w czym chcemy uczestniczyć, ile o zrozumienie, czego zdecydujemy się zaniechać.
Mimo upływu lat, wciąż nie potrafi dokonać dobrego wyboru. Czasami, nocami, nasłuchując ciszy nasiąkającej szumem styczniowej mżawki, dochodzi do wniosku, że lepiej byłoby nie chcieć niczego.
I want it all (hey, yeah) I want it all
Queen
I want it all, and I want it now