Spotkanie wigilijne

Odwiedzając rodzinny dom na święta, spotkam na klatce schodowej S., kolegę z dzieciństwa.

Gdy przeprowadziliśmy się z rodzicami na osiedle Powstańców Wielkopolskich w O., S. był jednym z pierwszych dzieciaków, które zapoznałem. Byliśmy zupełnie różni – on niski i pulchny, ja wysoki i chudy, on z rodziny robotniczej, ja z inteligenckiej. On dobry w bójkach, ja raczej przeciętny. Pamiętam, że nie raz dostawałem od niego lanie na podwórku. Nie był jednak agresywny, więc nasze bójki kończyły się po prostu na powaleniu przeciwnika (zazwyczaj mnie) na łopatki.

Osiedle Powstańców Wielkopolskich było typowym małomiasteczkowym osiedlem z połowy lat 80. Bloki zasiedlane były rodzinami powiązanymi zakładem pracy. Nie inaczej było z moim – wszyscy lokatorzy w jakiś sposób powiązani byli z budownictwem drogowym. Mój ojciec pełnił funkcje kierownicze, potem dyrektorskie, byłem więc dzieckiem w jakiś sposób uprzywilejowanym. Jednak nie korzystałem ze swoich przywilejów. Mówiąc szczerze, wstydziłem się ich trochę. Chciałem być częścią podwórkowej paczki, bawić się razem ze wszystkimi i razem ze wszystkimi dorastać.

I tak też się stało. Mimo różnicy – nazwijmy to – klasowej, wspólnie graliśmy w piłkę, chodziliśmy po drzewach, konstruowaliśmy łuki i strugaliśmy strzały z nazbieranych nad Wartą trzcin. Potem wspólnie próbowaliśmy kupionego pokątnie piwa na osiedlowych festynach (to już wczesne lata 90., powiew wolności i pierwsze oddolne inicjatywy lokalnej społeczności), wspólnie oglądaliśmy znalezione gdzieś na śmietniku gazetki pornograficzne, wspólnie zakradaliśmy się na tereny okolicznych zakładów pracy, by potem uciekać w panice przez ogrodzenia, ścigani przez stróży i ich psy. Zanosiliśmy wykradzione ojcom butelki po piwie lub makulaturę do punktów skupu, a potem chodziliśmy do piekarni, by kupić bezpośrednio od piekarzy świeży, gorący jeszcze chleb.

To były formujące doświadczenia. Dzieciństwo, z którego wyniosłem poczucie równości ludzi niezależnie od pochodzenia, klasy społecznej czy zdolności.

– Pracuję w ocynkowni – mówi mi S. – To dobra praca, uczciwa. Są regularne podwyżki, premie i dodatki na święta. No i emerytury. Naprawdę wysokie. Wiesz, trochę za trudne warunki pracy. Te opary i w ogóle, to się odbija na zdrowiu.

S. nadal jest niski i pulchny, z okrągłą, uśmiechniętą twarzą i nieco wystającymi siekaczami. Przypomina trochę jowialnego bobra. Choć zmarszczki poznaczyły już jego twarz, wciąż przypomina tego chłopaka, którym był wtedy.

– A ty? Co u ciebie? Skończyłeś tą filozofię? – pyta.

Odpowiadam, że tak. Rechocze. Mówi, że wielokrotnie rozmawiali z chłopakami, że będą mieli podwórkowego filozofa. Również się śmieję i opowiadam, że życie zawodowe zawiodło mnie jednak zupełnie gdzie indziej.

– Bo wiesz, nie da się żyć z chlania wina pod mostem i dyskutowania o sensie życia – mówię, a potem dodaję, co obecnie robię.

Kiwa z uznaniem głową.

– Zawsze mówię synom, żeby się uczyli. Podaję cię za przykład, wiesz? Zawsze byłeś najmądrzejszy z nas wszystkich – twierdzi i wydaje się, że robi to szczerze.

Słyszałem to już wcześniej, ale jako nastolatek trochę uciekałem przed takimi konkluzjami. Czułem, że w jakiś sposób mnie wykluczają z grona osób, z których wykluczany być nie chciałem. Choć przecież wiedziałem również, że istnieje wyraźna różnica pomiędzy tym, jak ja radzę sobie w szkole, a jak rodzili sobie koledzy.

Po latach, stojąc pod blokiem, w którym się wychowałem i rozmawiając z S., lepki od ciepłej, wigilijnej mżawki, rozumiem, że tak jak doświadczenie równości i przynależności było formujące dla mnie, tak też było istotne dla podwórkowych kolegów, choć z zupełnie innych powodów. Mi potrzebna była akceptacja chłopaków, których życie potraktowało mniej łaskawie w zakresie możliwości startu społecznego. Być może im z kolei potrzebny był ktoś, kto nie będzie ich wartościował ze względu na fakt, że nie są równie bystrzy.

Z tą bystrością to zresztą jest tak, że jej poziom nie równa się życiowej mądrości. Oczywiście, inteligencja może tu pomóc, może jednak też zamącić ogląd tego, co w życiu ważne. Rozmawiając z S. zauważam, że mamy podobne konkluzje odnośnie tego, jak zmienia się świat, podobne obawy odnośnie współczesności i podobne ukłucia nostalgii związane z upływającym czasem. Inaczej je werbalizujemy, lecz przecież język zawsze kuleje przy próbie opisu tego, co nie do końca opisywalne.