Notatki na marginesie Purezento

– Jesteśmy tu, by poznać szlachetną sztukę kintsugi. Kintsugi znaczy dosłownie naprawianie przy użyciu złota. […] Dzięki kintsugi to co pęknięte, jest znów całe. Jednak miejsce pęknięcia pozostaje widoczne. Tam, gdzie była rana, jawi się teraz złota blizna. Na zawsze widoczna. Trzeba ją przyjąć. Skaza to część piękna i historii rzeczy. Należy do niej. Zasługuje na szacunek. Całość naprawiona złotem staje się piękniejsza niż przedtem. Jest i nie jest już tym samym.

Joanna Bator, Purezento, s. 61

Dziadek Stach naprawiał rzeczy w sposób będący zaprzeczeniem sztuki kintsugi. Był człowiekiem o pewnej wrażliwości, jednakże bez poczucia estetyki. Piękno formy było dla niego albo niedostrzegalne, albo pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Natura rzeczy jako takiej, rzeczy poza antropocentrycznym spojrzeniem – poza antropocieniem, jak rzekłby Andrzej Marzec – zupełnie mu umykała.

Garnki naprawiane przy użyciu cyny i łatek metalu, szpetne i nieforemne. Domowe sprzęty przerobione lub przywrócone do funkcjonalności przy użyciu nie pasujących doń swą formą elementów. Nagie przełączniki, straszące wystającymi śrubami i okablowaniem. Uchwyty, rączki, stojaczki czy nóżki ułamane i sklejone grubymi skrzepami żywicy epoksydowej.

Źle naprawiona rzecz jest równie smutna jak zepsuta. Sztuczna i fałszywa. Jak życie w kłamstwie. Udawaniu. Czy chcielibyście być spięci ze światem i innymi ludźmi za pomocą metalowych klamer?

Joanna Bator, Purezento, s. 103

Spinanie za pomocą metalowych klamer również wchodziło w zakres arsenału naprawczego dziadka Stacha. Dzieł jego rąk nie postrzegałem jednak jako smutnych, sztucznych czy fałszywych. Były jednak w niezaprzeczalny i nachalny sposób brzydkie i pokraczne. Ich funkcjonalność w sposób karykaturalny wysuwała się na pierwszy plan obcowania z nimi, ich narzędziowość przerastała formę jak złośliwa narośl. Nadal spełniały swoją rolę, jednak były sobą już tylko w pewien ograniczony, upośledzony sposób.