Wędkarz

Był zimny, choć słoneczny, kwietniowy dzień. Słońce grzało wiosennie jaskrawym blaskiem, lecz ostre, rześkie powietrze wciąż przesączone było zimą. Zieleń nasycała się wokoło soczystymi odcieniami. Wiatr zacinał chłodem. Nieliczne, przemarznięte i niemrawe pszczoły starały się wziąć do roboty.

Mężczyzna zszedł powoli z wału przeciwpowodziowego. Ubrany był w wysokie buty, ciemnozielone spodnie, kurtkę oraz kamizelę wędkarską. Spod grubej, wełnianej czapki wystawały siwe włosy. Przez ramię przerzucił jedno ramiączko plecaka. W ręku niósł złożoną teleskopowo wędkę.

Mężczyzna skierował się ku rzece, przecinając na skos rzeczne nadbrzeże. Szedł ścieżką, którą wydeptywał od dziesięcioleci. Pamiętał liczne, mgliste i mokre poranki, gdy przemierzał tę drogę jeszcze z ojcem. Wówczas brzeg rzeki porastały gęste, nieokiełznane chaszcze, bujne łąki oraz poletka pokrzyw i konopi. Teraz po lewej stronie zaczynał się plac budowy miejskiej strefy rekreacyjnej. Hałdy piasku i tłucznia oraz placyki ze sprzętem budowlanym ciągnęły się daleko na północny zachód. Po prawej stronie okolica wciąż jednak pozostała dość dzika, z gęstymi trawami, kępami krzewów i wrośniętymi tu i tam w pejzaż rozłożystymi wierzbami. Ich konary zrzucały ku ziemi długie i gęste, ulistnione warkocze.

Szedł około pięć minut. Po drodze przekroczył nieskończoną ścieżkę rowerową i stos gruzu. Tuż za nimi, na samym skraju rzeki powinien rosnąć leszczynowy zagajniczek. Tam mężczyzna zwykle rozkładał swoje wędkarskie krzesełko. To było jego miejsce. Teraz spostrzegł jednak, że zagajniczka nie było. Najwyraźniej stanął na drodze planom zagospodarowania terenu.

Patrząc na przestrzeń, z której usunięto spory fragment jego przeszłości, pokręcił powoli głową i cicho przeklął. Mimo to skierował się tam, gdzie zazwyczaj siadał. Rozłożył stanowisko oraz wędkę. Starannie i powoli założył przynętę na haczyk, po czym zarzucił spławik daleko w nurt.

Spacerowicze na drugim brzegu rzeki szli wolno nowo wybudowanym chodnikiem, pogrążeni w rozmowach i w swoich światach. Wysoko na błękitnym niebie samolot pasażerski zakreślał szeroki łuk na południe. Dobiegający z dystansu kilkuset metrów niezbyt głośny szum aut przypominał, że to tylko enklawa natury wewnątrz tkanki miejskiej.

Mężczyzna nie zwrócił uwagi na czas, który minął, nim spławik drgnął nieznacznie, a potem mocniej. Poderwał linkę lekko, choć energicznie. Następnie zaczął skręcać kołowrotek.

Żyłka napięła się, a wędka zaczęła lekko wyginać. Mężczyzna wstał, pociągnął mocniej. Naprzemiennie popuszczał i skracał naciąg. Opór robił się coraz wyraźniejszy i silniejszy, aż nagle gwałtownie ustąpił.

Kręcił kołowrotkiem, aż haczyk zadyndał przed nim na wysokości oczu. W pierwszej chwili nie rozpoznał, co złowił. Nie mógł zinterpretować tego, co widzi. Dopiero po chwili rozpoznał obtoczony mułem rzecznym i porośnięty glonami korek do wanny.

Bulgot dobiegający gdzieś z przodu w pierwszej chwili nie zwrócił jego uwagi. Gdy po chwili spojrzał w tamtą stronę, zrozumiał, że powinien. Pośrodku nurtu kotłował się wir, jakby woda z rzeki ściekała do umieszczonego gdzieś na dnie odpływu. Ściągał ku sobie taflę wody, ale nie tylko. Mężczyzna zobaczył, jak przeciwległy brzeg również zaczyna spływać w stronę wiru. Trawy, chodniki, krzewy, ławeczki, potem linia drzew i wznoszące się dalej bloki – wszystko spływało, jakby było tylko scenografią, wymalowaną rzadką farbą. Spojrzał pod nogi i uświadomił sobie, że po jego stronie świat również spływa do wiru, oblewając jego nogi, jak cofająca się morska fala na styku plaży i oceanu. Rozejrzał się dookoła i zobaczył rozmazane, kolorowe smugi, odsłaniające w miarę ściekania pozbawiony barw blady, mleczny blask.

Gdy wszystko się skończyło, zorientował się, że stoi pośrodku niczego. Otaczała go wyłącznie wszechobecna, nieprzenikniona biel.

– Halo? – chciał zawołać, ale z jego ust dobiegł tylko dźwięk przypominający skrzek pisklęcia. Pierwszy krzyk noworodka.

– Gratulujemy, to chłopiec – usłyszał głos, a potem jakieś dłonie uniosły go w górę. Coś ostrego przecięło żyłkę, kotwiczącą go w rzeczywistości. Położono go i poczuł ciepło jakiegoś ciała, które przytuliło go do siebie. Z jego ust wciąż dobiegał ten charakterystyczny, niemowlęcy płacz.

„Miałem jutro zmienić opony na letnie”, przemknęło mu przez głowę.

To była jego ostatnia myśl.