Pachinko Min Jin Lee wchodziło mi bardzo długo, ale jak już weszło, to porządnie. Pod względem szerokiego planu i akcji rozłożonej na kilka pokoleń bohaterów, książka przypomina mi nieco Obfite piersi, pełne biodra Mo Yan.
Min Jin Lee napisała książkę-panoramę o życiu koreańskich emigrantów w Japonii. W kontekście kapitalistycznej i rozwiniętej Korei Południowej opowieść o Koreańczykach stanowiących najniższe warstwy plebsu wydaje się egzotyczna sama w sobie. Ciekawe jest to, jak niewiele wiemy o historycznych zawirowaniach dalekowschodnich narodów. Pasjonujące jest też, jak słabo rozumiemy ich mentalność.
Opisywani Koreańczycy wydają się nam w jakiś sposób bliscy. Opisywani Japończycy są dość niezrozumiali – również dla Koreańczyków. Powściągliwi w emocjach, spętani konwenansami, przypisani do ról społecznych wynikających z urodzenia wydają się przeciwieństwem nowoczesnego społeczeństwa, za które obecnie uchodzą. Fakt, że akcja Pachinko kończy się w latach 80. ubiegłego stulecia, zatem od tamtej pory stosunek Japończyków do gaijinów mógł ulec zmianie, jednak coś każe nam przypuszczać, że wcale nie uległ.
Obserwowanie bohaterów starających się wyrwać z więzów urodzenia, walczących o napisanie swojej własnej historii i przegrywających z determinizmem jest w jakiś sposób smutne i przygnębiające. Prosperują i uzyskują namiastkę szczęścia jedynie ci, którzy potrafią się jakoś dostosować do reguł gry i losu, zaakceptować je i wykorzystać na własną korzyść, rezygnując poniekąd z siebie. To koncepcja trochę przeciwna wizji self-made man Benjamina Franklina. Dalekowschodnia jednostka nie jest kowalem swojego losu, niezależnym od okoliczności zewnętrznych.