Kino na własnych zasadach

Pięknie rozwija się przed widzem To była ręka Boga, najnowszy film Paolo Sorrentino. Gorący, barwny, malowniczy, pełen cytatów z wielkich włoskiego kina. Ale także dowcipny, ironiczny, subtelnie drwiący zarówno z bohaterów, jak i formy, do której nawiązuje. Neapol i ogólnie Włochy z lat 80. ubiegłego stulecia są jakby mitologiczne, odrealnione, przypominają wspomnienie, sen lub scenografię. Stanowią znakomite tło dla tej opowieści o opuszczaniu bezczasowego dzieciństwa, w którym jedyną troską bohatera jest przybycie do miasta (lub nie) boskiego Diego Maradonny. Wątek nabywania samoświadomości jest w filmie Sorrentino ważny, choć nie jest nachalny.

Oczywiście, reżyser nie byłby sobą (i nie byłby Włochem), gdyby zabrakło w The Hand of God pięknych kobiet, wybuchowych charakterów i zjawiskowych kadrów. Wszystko to skomponowane jest w utwór wielowarstwowy, nieoczywisty, pełen porozrzucanych tu i ówdzie tropów, które mogą zawieść widza ku rozmaitym interpretacjom.

– W zasadzie nie wiem, o czym był ten film – uznała G. – Ale bardzo miło się to oglądało.

Bo To była ręka Boga ogląda się miło. Jak wspomniałem, jest ona dowcipny i ironiczny, ale też pełen wnikliwych obserwacji, spostrzeżeń, drobnych prowokacji. I, przede wszystkim, nie obraża inteligencji widza.

Nie mogę tego samego bez zawahania powiedzieć o Sukcesji Jessego Armstronga. Serial ten, polecany przez niektórych jako dzieło dekady w swoim gatunku, ma teoretycznie wszystko, czego potrzeba: świetną grę aktorską, wciągającą intrygę, znakomite dialogi, dobrze napisanych bohaterów. Wątki rozwijają się w swoim tempie i wiążą w ciekawy sposób. Napięcie narasta. Serial ma jednak brzydką tendencję do oszukiwania widza i grania nie fair, a tego nie lubię. Bo oto mamy jeden spisek, drugi spisek, wiarygodne motywacje postaci, ich przemyślane i zaplanowane działania, ciążące ku interesującym rozwiązaniom i możliwością… ale scenarzyści i tak w stosownym momencie oddają pierwsze skrzypce czystemu przypadkowi. Przypadek zaś, dogodnie i usłużnie, przebudowuje fabułę tak, by spiski i plany wzięły w łeb, a widz pozostał w stanie ciekawości i wzburzenia. Zaciekawiony i wzburzony widz czeka bowiem na kolejny odcinek, kolejny sezon.

W mojej opinii jednak problem polega na tym, że przypadki nie działają w ten sposób. Nie czekają na dogodny moment, by zaważyć na fabule. Przychodzą niespodziewanie, raz w chwilach banalnych i nudnych, innym razem nie. Czasami wywierają definiujący wpływ na nasze życie, czasami zaś ich skutki zanikają, jak fale wywołane pluskiem na wodzie, bez większego znaczenia. O tym, czym w istocie były, dowiadujemy się często post factum.

Mam wrażenie, że Sorrentino to dobrze wie. W jego filmie też są przypadki i też są istotne, nie mamy jednak wrażenia, że czają się za kadrem, by wyskoczyć na arenę pod dyktando scenarzysty. Działają dyskretnie i w sposób nieoczywisty. Ręka Boga jest niewidzialna.