17 października 2021
W podróż wyruszyłem koleją. Pierwszym celem było dotrzeć na warszawskie Okęcie. Dziewczyny odwiozły mnie na dworzec; nie chciały słyszeć o opcji, w której podjeżdżam tam sam komunikacją miejską. Przez cały czas trzymały się świetnie, jednak emocje wzięły górę, gdy wsiadłem do pociągu. Już przed odjazdem widziałem przez okno szlochającą A., potem zaś, po odjeździe pociągu, G. opisała mi resztę smutków na WhatsAppie.
Sam byłem spokojny. Przed wyjazdem było tyle zamieszania, nerwów i pośpiechu, że gdy wreszcie lokomotywa szarpnęła wagony i pociągnęła skład do stolicy, poczułem, że nie pozostało mi nic do zrobienia. Musiałem tylko dać się ponieść nurtowi wydarzeń.
Szybko jednak pojawił się pierwszy drobny stres. A. napisał wiadomość z pytaniem, czy wziąłem ze sobą dwie fotografie do wniosku o wizę. Wziąłem jedną. Czyżbym jednak czegoś nie dopatrzył i nie dopilnował? Odszukałem szybko w telefonie e-mail od organizatora z listą niezbędnych do dopełnienia formalności. Całe szczęście A. się mylił – wystarczyła jedna fotografia. Odetchnąłem z ulgą.
W pociągu panował tłok. Zazwyczaj nie przepadam za tłokiem, pomyślałem jednak, że warto tę sytuację potraktować w kategoriach treningu. Podejrzewałem, że tłok będzie moim naturalnym środowiskiem życia przez najbliższe trzy tygodnie. Warto więc było zacząć się wdrażać.
Odprawa bagażowa była bardziej uciążliwa, niż przed pandemią. Musieliśmy okazać raporty z testu RT PCR, poświadczające nasz negatywny wynik badania, paszporty covidowe oraz kod QR z wniosku nepalskiego centrum kryzysowego poświadczające, że zgłosiliśmy nasz przylot do kraju. Dopiero wówczas mogliśmy odprawić bagaże rejestrowane i przejść przez kontrolę graniczną. Ta również była szczegółowa: buty ze sprzączkami, paski, elektronika i wszelkie inne kontrowersyjne przedmioty musiały wylądować na plastikowych tackach, które pojechały na taśmie do czeluści skanera. My zaś, przechodząc przez bramki, trzymaliśmy kciuki, by nie wzbudzić ostrzegawczego piszczenia. Ostatnim krokiem było przedarcie się przez kontrolę paszportową. Jako dorośli posiadacze paszportów biometrycznych mieliśmy nieco ułatwione zadanie: wystarczyło przyłożyć paszport do czytnika i pozwolić elektronice robić swoje.
Muszę powiedzieć, że lotnisko Chopina zrobiło na mnie odpychające i niekorzystne wrażenie. Było zimne i nieprzyjazne, mimo barwnych witryn sklepowych i pozornie przytulnych kafejek. Czułem się na nim mniej jak podróżny, a bardziej jak intruz.
Nasza osiemnastoosobowa grupa sprawiała natomiast wrażenie bardzo sympatycznej. Od razu poczuliśmy się zgranym zespołem, jakbyśmy byli starymi znajomymi z licealnego kółka PTTK, a nie zbieraniną obcych sobie osób.
Do Dubaju dolecieliśmy o 5:00 rano. Mimo wczesnej pory, po wyjściu z pokładu samolotu owionął nas oddech rozgrzanego, pustynnego powietrza. Wsiedliśmy do autobusu lotniskowego i ruszyliśmy do terminala.
Dubajskie lotnisko było gigantyczne. Jechaliśmy do celu chyba piętnaście minut. Wewnątrz budynku panował zgiełk. Dziesiątki sklepów i lokali kusiły podróżnych barwnymi witrynami. Panowała atmosfera kosmopolitycznej, podróżnej ekscytacji. Nasza grupa ustaliła punkt zbiórki, po czym rozpierzchliśmy się na wszystkie strony. My z A. udaliśmy się do Maca na śniadanie. Zjadłem wegeburgera i fishburgera w cenach nieznacznie jedynie wyższych, niż w Polsce. Dolar Zjednoczonych Emiratów Arabskich przelicza się na złotówki niemal w proporcji 1:1.
Dubajskie lotnisko odebrałem jako przyjemne i przyjazne, mimo skali i mimo tłumów. Ciżba wszelkiej narodowości i ras budowała wrażenie dynamiki i ruchu, atmosfera podróży i pewnego zawieszenia, tak charakterystyczna dla lotnisk, była tam bardzo wyraźnie wyczuwalna. Rzędy foteli i leżanek pozwalały natomiast wypocząć tym, których męczył jet lag lub którzy – jak by – zmuszeni byli czekać długo na swoją przesiadkę.
W wolnych chwilach podchodziłem do przeszklonych ścian i spoglądałem na zewnątrz. Rzędy samolotów parkowały na wyrwanej pustyni przestrzeni, jak na monstrualnym parkingu. W oddali, niemal na horyzoncie, wyrastały z piasku strzeliste wieżowce. Przesłaniał je woal zapylonego powietrza. Między nimi, odległa i ostra jak włócznia, sterczała ku niebu Burj Chalifa, najwyższy budynek świata. Z mojej perspektywy wydawała się jednak drobna, mała, malusieńka.
19 października 2021
Odespałem. Na śniadanie dostaliśmy omlet, tosty i smażone, pikantne warzywa. Do tego mocna, czarna herbata. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to nepalski standard i że szybko zrobi się dla nas powszedni.
Poprzedniego wieczora Piotr, nasz opiekun, opowiadał o wyprawie, założeniach i planowanych atrakcjach. Był dość lakoniczny, ale pociągnięty za język, rozkręcał się. Podobał nam się ten oszczędny, nieco ironiczny styl. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że dla części z nas stanie się wkrótce wyjątkowo irytujący.
Z tego swoistego briefingu wszyscy wyszliśmy podekscytowani i gotowi na przygodę, choć nie bez obaw o kondycję i odporność na chorobę wysokościową. Wraz z A. wzięliśmy przed snem pierwszą dawkę diuramidu i potasu.
Po śniadaniu poznaliśmy trójkę Szerpów, którzy mieli być naszymi przewodnikami i opiekunami od momentu przylotu do Lukli. Lakpa, Mingma i Penba od początku sprawiali dobre wrażenie. Otwarci i uśmiechnięci. Szefem grupy był Lakpa, dobrze mówiący po angielsku i zorganizowany. Najbardziej doświadczony był jego starszy brat Mingma, około czterdziestoletni, mocno zbudowany i wyluzowany. Ponoć na szczycie Everestu stawał kilkanaście razy.
Dźwięki za oknem od samego rana narastały, układały się warstwami: gołębie, klaksony, płacze dzieci, stukoty naczyń… Kathmandu jest upakowane ciasno i gęsto, a kakofonia dźwięków dobrze to oddaje.
Kathmandu trwa w stanie połowicznego rozpadu. Spajające miasto okowy betonu, cegły, sklejki i falistej blachy ustępują na każdym kroku postępującej krzuszyznie i erozji. Psy śpią to tu, to tam, bezpańskie, ale nie beztroskie. Życie i handel wciskają się w murszejące szczeliny tysiącem sklepików i kramów, pełnych barwnych tkanin, podrabianej odzieży, pamiątek i bibelotów, a także gnijących owoców i nadpsutego mięsa. Urżnięty łeb dzikiej świni kusi przechodniów irokezem z zaschniętej posoki, małpi móżdżek, wyłożony na ceracie, zachęca do konsumpcji muchy i ludzi. Nad głowami przechodniów kłębią się pajęczynowe sploty przewodów kabli i przewodów. Czarne supły wiodą łączność i prąd we wszystkich kierunkach. Ich geometria to spełnienie najgorszych koszmarów elektryka. Od czasu do czasu łypię w górę okiem obiektywu, robię zdjęcia i nie dowierzam, że z tym, co widzę wiąże się jakaś logika.
Jutro planujemy przelecieć do Lukli – wrót nepalskich Himalajów. Miasteczka, do którego dostać można się jedynie pieszo lub drogą powietrzną. Pogoda nie dopisuje jednak, spodziewamy się więc przygód. Pakujemy się tak, aby w bagażach podręcznych znalazły się wszystkie nasze niezbędne rzeczy. Istnieje ryzyko, że bagaże główne nie dolecą, że tragarze odbiorą je z lotniska już po naszym wymarszu i dogonią z nimi naszą grupę.
Obawiam się nieco wysokości. Przed snem zażywam diuramid i potas, jak poprzedniego dnia. Na kolejne tygodnie to będzie moja rutyna.
20 października 2021
Pobudka o 4:00 rano przebiega bezproblemowo. Spałem długo, ale z przerwami. Miałem dziewaczne sny, które – oczywiście – zblakły i znikły z mojej pamięci natychmiast po przebudzeniu.
O parapety i pokryte falistą blachą dachy dudnił deszcz. Nie wróżyło to dobrze.
Spakowani, zwarci i gotowi, stawiliśmy się na zbiórce na parterze naszego hotelu. Gdy przyjechały busy, zapakowaliśmy się do nich i z lekką ekscytacją pojechaliśmy na lotnisko. Mrok, poprzedzający świt, spowijał ulice Kathmandu, o tej godzinie niemal puste.
Lotnisko otwarło się o 5:40. Byliśmy zakolejkowani na pierwszy lot. Z niemałym trudem i w lekkim chaosie, ogarniającym port lotniczy mimo wczesnej pory i braku tłumu, zdaliśmy bagaże i udaliśmy się do hali odlotów.
Nasz samolot, należący do linii Summit Air i oznaczony jako lot 301, startował jednak jako trzeci. Mimo to nie czekaliśmy długo. Wciąż w strugach deszczu, przemknęliśmy do autobusu lotniskowego, który zawiózł nas na pas startowy. Przebiegliśmy do małej, osiemnastoosobowej jednostki. Upakowaliśmy się na pokład i wystartowaliśmy z hukiem śmigieł.
Lot do Lukli miał trwać dwadzieścia minut. Siedziałem w pierwszym rzędzie. Po mniej więcej takim czasie usłyszałem z kabiny mechaniczny głos systemu TARS pull up, pull up. Pilot odbił ostro w górę i w prawo, po czym zawrócił do Kathmandu. Pogoda nie pozwoliła nam wylądować. Byliśmy zmuszeni wrócić do hali odlotów i zaczekać na kolejny lot. Podjęliśmy kolejną próbę dostania się w Himalaje, jednak rezultat był niemal taki sam – pod dwudziestu minutach pilot odbił i zawrócił, następnie spróbował podejść jeszcze raz, a gdy mu się nie udało, skierował nas z powrotem do stolicy.
Kryzysowe sytuacje obnażają osobowość, intencje, charaktery. Tego dnia skonstatowałem to, co przeczuwałem już wcześniej. P., nasz polski pilot wyprawy, nie zamierzał być naszym opiekunem ani kumplem. Zamierzał być organizatorem. Z jednej strony aż tyle, z drugiej – tylko tyle. Aż, gdyż na jego głowie spoczywało mnóstwo obowiązków. Tylko, ponieważ część grupy wyraźnie potrzebowała bardziej opiekuńczego i empatycznego traktowania.
Mówiąc krótko, pojawiły się pierwsze żale i napięcia.
Przyglądałem się temu na razie spokojnie, jakby z boku.