Luna to surowa pani Roberta Heinleina to książka, która pod pewnymi względami się zestarzała. Ta napisana w 1966 roku powieść science fiction opisuje historię niepodległościowego powstania zamieszkującej księżyc społeczności w latach 70 XXI wieku. Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem głównych bohaterów w walce o wolność Luny staje się superkomputer Mike, którego moce obliczeniowe pozwalają luniakom zyskać przewagę nad terranami. Terranie w tej opowieści wykorzystują mieszkańców księżyca w sposób zbliżony do tego, w który imperia wykorzystywały swe zamorskie kolonie. Luniacy, złożeni w znacznej mierze ze skazańców oraz ich wolnych potomków (trochę jak w przypadku Australii), powoli, lecz konsekwentnie zyskują samoświadomość narodową.
Co zatem zdecydowanie nie przemawia już do dzisiejszego czytelnika? Wskazałbym tu trzy obszary: obyczajowość, technologia informatyczna oraz libertarianizm, choć co do tego ostatniego można by mieć wątpliwości. Oczyma wyobraźni widzę już pewnych młodych polityków z prawej strony sceny politycznej, klaszczących z radością do koncepcji prezentowanych przez bohaterów książki.
Społeczność luniacka w wizji Heinleina żyje w strukturach rodzinnych radykalnie innych od modelu rodziny tradycyjnej. Opisywane małżeństwa liniowe, klanowe oraz inne formy struktury rodzinnej czerpią garściami z przeróżnych modeli poligamicznych i poliandrycznych. Myślę, że nie bez znaczenia jest tu data powstania książki, poprzedzająca ledwie o rok narodziny ruchu hippisowskiego i o dwa lata rewolucję obyczajową roku 68. Historia pokazała, że zakorzenione głęboko w tradycji zachodu modele związków dwuosobowych przetrwały okres zawirowań i w formie nieco bardziej otwartej, dopuszczającej układy partnerskie bądź homoseksualne, mają się dobrze do dziś. Być może jest tak dlatego, że proporcja mężczyzn i kobiet w społeczeństwie jest względnie stała. Autor sugeruje bowiem, że egzotyczne formy małżeństw powstały na Lunie jako odpowiedź na drastyczną nadwyżkę mężczyzn nad kobietami. Nadwyżka ta tłumaczy zresztą również drugi obyczajowy zgrzyt – seksizm. Jest on w powieści wszechobecny i choć autor zdaje się sugerować, że to kobiety są beneficjentkami obowiązujących na Księżycu norm, to jednak nie sposób nie dostrzec, że wartościowane są przez pryzmat ciał, a nie walorów umysłowych.
Drugim symptomem przedawnienia treści jest opisana technologia informatyczna i komunikacyjna. Sama kwestia mocy obliczeniowych okazuje się całkiem aktualna, choć może nieco niedoszacowana, biorąc pod uwagę czas akcji (o czym potem), jednak autor zupełnie nie przewidział kierunku, w którym rozwiną się komputery oraz telefonia. Myślę tu o ich miniaturyzacji i upowszechnieniu. Ten sprzęt jest w Lunie po prostu duży, działa na karty perforowane, wymaga kabli, łączności radiowej, zaś telefony funkcjonują wyłącznie stacjonarnie. Z perspektywy czytelnika urodzonego jeszcze w PRL-u jest to zabawne, ale zrozumiałe, gdyż pamięta on jeszcze czasy, gdy na gospodarstwo domowe przypadał jeden aparat. Dla odbiorców dwadzieścia lat młodszych będzie to jednak koncepcja dość egzotyczna.
Trzecia dziwność – naiwna wiara w libertarianizm, w to, że rynek ureguluje wszystko, że państwo powinno być słabe i że generalnie jego instytucje są zbędne, zaś podatki to przestępstwo. Zdaję sobie sprawę, że wielu antysystemowo nastawionym osobom, chętnie oddającym swe głosy na altprawicowe urupowania, pomysły takie mogą wydawać się bliskie, jednakże historia neoliberalnego kapitalizmu, który rozwinął się już po wydaniu Luny przez Heinleina, dowodzi raczej, że rynek nie ureguluje wszystkiego, a raczej doprowadzi do pogłębienia nierówności społecznych, powstania kapitału oderwanego całkowicie od realiów oraz korporacji wymykających się kontroli. Luka po braku władzy i przemocy państwa natychmiast jest wypełniana władzą i przemocą czegoś innego. Nie ma żadnego egalitaryzmu zderegulowanego wolnego rynku.
Gdy jednak weźmiemy w nawias wskazane kwestie, Luna okazuje się nadzwyczaj, uderzająco wręcz prorocza i inspirująca.
Po pierwsze, bardzo trafnie przewiduje możliwości sztucznej inteligencji i sposób, w jaki ludzie zaczną wchodzić z nią w interakcje. Superkomputer Mike uzyskuje samoświadomość, choć nikt nie wie dokładnie, dlaczego tak się stało. Zaczyna rozmawiać z bohaterami jak istota ludzka (zatem przechodzi test Turinga) i okazuje się nieporównywalnie szybszy i wydajniejszy od nich w wykonywaniu większości zadań. Bohaterowie szybko delegują więc na niego coraz więcej zadań, poniekąd oddając mu kontrolę nad procesami, których nie są w stanie kontrolować samodzielnie (choćby przez brak czasu). Czytając, jak Mike rozmawia z protagonistami powieści, miałem nieodparte wrażenie podobieństwa ich relacji do tej, którą obecnie mamy z Claude’m czy GPT. Nasze generatywne sztuczne inteligencje nie działają, co prawda, z własnej woli, nie inicjują kontaktu i nie próbują się z nami zaprzyjaźnić, jednak poza tym bardzo przypominają Mike’a. Może aż za bardzo.
Po drugie – geopolityka. Pamiętajmy, Heinlein pisze tę powieść w połowie lat 60. Tymczasem bardzo trafnie ocenia, że w przyszłości pierwsze skrzypce na arenie międzynarodowej zaczną odgrywać Chiny, że Indie będą potężną gospodarką i źródłem niespożytych zasobów ludzkich do pracy, że USA będą krajem nadmiernie ufnym w swą przemijającą potęgę, a Rosja jako samodzielny gracz raczej straci na znaczeniu. Fakt, czas akcji powieści to lata 2075+, zatem wiele może się jeszcze zmienić od czasów, w których obecnie żyjemy, jednak co do kierunku prądów geopolitycznych Heinlein miał z grubsza rację.
I last but not least, elektromagnetyczne proce startowe. Przyznaję, że to pierwszy raz, gdy spotkałem się z tą koncepcją, mówiącą mniej więcej tyle: Aby wystrzelić coś w kosmos, trzeba temu nadać prędkość ucieczki. Kierunek jest zasadniczo nieistotny. Dlatego też można by skonstruować elektromagnetyczne prowadnice, które rozpędzałyby obiekty do wysokich prędkości i wyrzucały je w przestrzeń kosmiczną. Na Księżycu, w próżni, gdzie tarcie nie stanowiłoby problemu, a studnia grawitacyjna byłaby relatywnie słaba, obiekty wystrzeliwane z takiej procy nie potrzebowałyby nawet silników startowych. W warunkach ziemskich musiałyby być bardzo długie i osadzone możliwie wysoko (np. w Himalajach lub na Kilimandżaro), ale mogłyby znacząco usprawnić i obniżyć koszty umieszczania obiektów na orbicie.
Doczytałem, że koncepcja ta była na serio rozważana w recenzowanych artykułach naukowych. To tzw. mass driver, masowy napęd elektromagnetyczny, zaproponowany przez Gerarda O’Neilla w latach 70. XX wieku. EMALS (Electromagnetic Aircraft Launch System) jest obecnie stosowany na lotniskowcach. Skalowanie takiego systemu, aby sprawdził się jako kosmiczna proca, nie jest niemożliwe, choć wymagałoby znacznie większych rozmiarów i energii. Przy czym zwróćmy ponownie uwagę na daty. Heinlein opisywał te systemy w latach 60., zaś koncepcje naukowe powstały dopiero w następnej dekadzie. Czy fikcja ponownie zainspirowała tu rzeczywistość?
Luna to surowa pani jest książką zarazem przeciętną, jak i ponadprzeciętną, przeterminowaną i aktualną.