Pod stropem na patio naszego chorwackiego mieszkanka uwiła gniazdo para jaskółek. Lub jeżyków. Trudno mi odróżnić od siebie te gatunki. Oba są śmigłe, drobne i podobnie ubarwione.
Gniazdo kształtem przypomina miseczkę. Ulepione jest zapewne z błota i śliny, wyściełane zaś słomą, drobnymi liśćmi, wiotkimi gałązkami. Dwa niewielkie, opierzone już, lecz wciąż nieporadne pisklaki wyglądają ze środka od czasu do czasu. Pokrzykują na rodziców, lecz jedynie wtedy, gdy ci ostatni są blisko. Gdy ich nie ma, ptaszyny siedzą cicho, jakby starając się sprawiać wrażenie, że gniazdo jest puste.
Raz na kilka do kilkunastu minut przylatują dorośli. Wykonują najpierw kilka okrążeń, sprawdzając, czy jest bezpiecznie. Gdy ocenią, że tak, podlatują do gniazda i karmią potomstwo. Najpierw jeden rodzic, potem drugi. Gdy pierwszy wykona zadanie, przysiada na mocowaniu klimatyzatora i przyglada się partnerowi lub partnerce, przekrzywiając łebek. Czasami zatrzymuje spojrzenie na mnie, tkwiącym nieruchomo w progu.
Gdy karmienie dobiega końca, rodzice wylatują na dalsze łowy, pokrzykując na pożegnanie.
Najciekawsze jest to, że gniazdko uwite jest na jakimś elemencie instalacji elektrycznej. Nieco poniżej miejsca, w którym jaskółki przysiadają nakarmić młode, sterczą nieizolowane, niedbale skręcone kable.