Dron A. przestał działać. Działał całe kilka minut, nim runął na piaszczystą łachę nad rzeką i uszkodził jeden z wirników. Nie mam pewności, czy od początku był wadliwy, czy może moja nieroztropność – a konkretnie wybór brudnego podłoża na lądowisko – spowodowała awarię. Dość powiedzieć, że piasek dostał się do mechanizmu i cholerstwo przestało latać.
Gdy byłem mały, naprawiałem joysticki przy pomocy sprężynek z zapalniczek. Wszyscy znali ten trick. Podprowadzało się zapalniczkę staremu (a palenie było wówczas znacznie popularniejsze, niż dziś), zdejmowało metalową koszulkę z plastikowego zasobniczka i wydobywało sprężynkę z mechanizmu dociskającego zaryskę. Sprężynka idealnie pasowała do standardowego joystickowego styku, trzeba było tylko naciągnąć ją odpowiednio małym śrubokrętem, pęsetką lub palcami, jeśli ktoś miał malutkie, zwinne i zakończone twardym paznokciem. Nie pamiętam, skąd wiedzieliśmy, że tak to należy zrobić; nie było przecież tutków na YouTube, z których moglibyśmy się tego nauczyć. Nie mniej, regenerowany w ten sposób sprzęt ze spokojem funkcjonował przez kolejne miesiące. A że zapalniczki nie nadawały się już do użycia? Cóż, nikt nie mówił, że obędzie się bez ofiar.
Jakiś czas temu z powodzeniem zacząłem doprowadzać do użytku dryfujące analogi w kontrolerach Nintendo Switch. Ta sympatyczna konsola obarczona jest pewnym uciążliwym mankamentem polegającym na okresowym psuciu się malutkich, wbudowanych joysticków. Tu sprawa nie jest już tak prosta, bowiem należy najpierw zakupić zamienniki na Allegro, a następnie zamontować je według instruktażu z internetów. Nie mniej, spróbowawszy swoich sił stwierdziłem, że nie jest to takie straszne i już dwukrotnie odratowałem szwankujący sprzęt. Działa, jak złoto.
Optymistycznie podszedłem więc do naprawy drona. Rozkręciłem go ostrożnie i skrupulatnie wyczyściłem. Każdy ząbek mechanizmu przepchałem igiełką, a malutkimi wyciorami udrożniłem tuleje, w który osadzono ośki wirników. Ba, rozmontowałem nawet maleńki silniczek i usunąłem zapodziane weń ziarnka krzemionki. Zeszło mi na tym z cztery godziny, a czynność była relaksująca i sprzyjająca koncentracji, jak joga lub tai chi.
Niestety, po uruchomieniu ustrojstwo podziałało jakieś pół minuty, po czym zdecydowanie odmówiło współpracy.
Niech to licho. Jednak nie jestem mistrzem mikromechaniki.