Dziś pan Jarosław Gowin przestał być wicepremierem. Kilka dni temu powiedział, że nie zgadza się na wybory 10 maja, również korespondencyjne. Zaproponował zmianę przedłużającą kadencję prezydenta Dudy do 2022 roku bez możliwości reelekcji. Pan Jarosław K. był odmiennego zdania. Panowie weszli na kurs kolizyjny, wicepremier uparcie trwał przy swoim, próbując przekonać do własnej koncepcji zarówno opozycję, jak i koalicję rządzącą. Gdy stało się jasne, że nic z tego nie będzie, złożył dymisję, po czym zapowiedział, że nie zagłosuje za propozycjami partii rządzącej. Jego ugrupowanie natomiast zagłosuje. Podczas głosowania nie był jednak przeciwny. Wstrzymał się od głosu.
Wczoraj obejrzeliśmy z G. czwarty sezon Domu z papieru, hiszpańskiego heist movie z politycznymi zagrywkami w tle. Serial ten (wyłączając może pierwszą, w miarę udaną serię) obraża inteligencję operacyjną, społeczną i emocjonalną widza. Zmęczyliśmy go głownie dlatego, że lubimy doprowadzać do końca to, co zaczęliśmy. W przeciwieństwie do bohaterów, którzy ciskają się z długą bronią wśród swoich niewydarzonych emocji, nie mają ni krztyny zimnej krwi i determinacji, aby wyciągać konsekwencje z bombastycznych zapowiedzi i gróźb. Nawet w sytuacji, gdy mają wroga na muszce, skutecznie udaje im się nie palnąć mu w łeb, mimo potoków słów i przesadnie rozwleczonych scen obrazujących ich rzekomą determinację.
Pan Gowin powinien być chyba postacią w tym serialu.