To nie miało się skończyć w ten sposób. Przyznaję, nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać, gdy kilka godzin temu wychodziłem z domu, jednak na pewno nie tego, co rzeczywiście zaszło. Rozwój wydarzeń zaskoczył mnie całkowicie.
Całkowicie.
Teraz składam zeznania w dzielnicowym komisariacie. Pokoik, w którym siedzę, jest stary, obskurny i ciasny. Matowe meble z łuszczącą się, starą okleiną, pamiętają zapewne czasy transformacji ustrojowej. Pod ścianą stoi tani regał pełen segregatorów. Na środku pomieszczenia rozpanoszyło się zbyt duże, kanciaste biurko, poplamione tuszem z tanich długopisów i ciemnymi krążkami zaschniętej kawy. Zza biurka wstał przed chwilą przesłuchujący mnie policjant, po czym wyszedł, nie informując mnie, dokąd i po co idzie. Siedzę więc sobie sam przed opuszczonym blatem, podziwiam burą bryłę urzędu skarbowego za oknem i czekam. Mam nadzieję, że nikt nie dzwoni po kaftan bezpieczeństwa dla mnie, bo naprawdę chciałbym już pójść do domu i napić się piwa.
A wszystko przez to, że mam słabość do wszelkiej maści kloszardów. Od zawsze miałem. Nie chodzi tylko o to, że bez trudu dawałem się namówić na dorzucenie złotóweczki do taniego wina – czy też chleba, jak wielu starało się mnie zapewniać. Nie. To coś więcej. Jak sięgnę pamięcią, od młodzieńczych lat miałem jakąś taką romantyczną wizję żulerki, hipisowsko-bieszczadzki mit włóczęgi, poza jurysdykcją pieniądza i zdrowego rozsądku. Wyobrażałem sobie, że za każdym kloszardem stoi jakaś życiowa mądrość, jakaś historia – najlepiej o wolności – którą rzeczony lump na pewno zechce mi wyjawić, jeśli tylko wystarczająco szczerze porozmawiamy. Dawniej, gdy często podróżowałem pociągiem, nie raz zdarzało mi się wdawać w dyskusje z koczującymi na dworcach bezdomnymi. Wprawiałem tym w zrozumiałe zażenowanie towarzyszących mi wówczas znajomych. Czasami nawet stawiałem żulikom makaron lub hot-doga w jakiejś okolicznej budce z fast-foodem. Byłem rozkosznie naiwnym, romantycznym idiotą, ale było mi z tym dobrze. Czułem, że mam za swoją postawę cegiełkę w niebie. Czy coś w ten deseń.
Z biegiem lat człowiek robi się jednak gruboskórny i jeśli nie cyniczny, to przynajmniej obojętny. Im więcej wiemy, tym jaśniej widzimy, jak niewiele możemy zmienić. Im więcej wizji i planów przekładamy do segregatora z etykietką „Innym razem”, tym mniej jesteśmy skłonni uznawać walory romantycznego zrywu. Myślałem, że skłonność do bratania się z ulicą już dawno mi przeszła. Nachalne typki, wyłudzające pieniądze pod marketem, działały mi na nerwy, jak wszystkim. Szczególnie wtedy, gdy orientowałem się, że ich telefony komórkowe są lepsze, niż mój, a mimo to, z jakichś nieodgadnionych przyczyn, sfinansowanie sobie chleba okazuje się dla nich zupełnie niemożliwe. „Nie bądź naiwny, nie zbawisz świata”, powtarzałem sobie. „Dobrze, że ta dziwna skłonność ci przeszła”.
Otóż, nie przeszła.
Wypatrzyłem tego faceta dwa dni temu, paląc papierosa na balkonie. Stał pod żabką naprzeciwko makdonalda przy skrzyżowaniu wielopasmówek, oparty o żeliwną barierkę i okutany w burą, bezkształtną kurtę. Na głowie miał za dużą, puchatą czapę. Krótki dzień już szarzał, mgła i smog spowijały popołudnie siwym całunem, a mróz skutecznie przeganiał ludzi z ulic. Ta zima, choć bezśnieżna, jak to dzisiaj bywa, jest przecież wyjątkowo chłodna, zupełnie, jak kiedyś. Dopaliłem szluga, zgniotłem niedopałek i wcisnąłem go do służącej mi za popielniczkę puszki po piwie, po czym czmychnąłem do mieszkania przed mrozem i hałasem.
Potem wychodziłem zapalić jeszcze parę razy. Facet wciąż tam był.
Następnego dnia poszedłem do pracy na pierwszą zmianę. Wstałem o piątej, nie zwróciłem szczególnej uwagi na skrzyżowanie. Jednak po powrocie, najedzony kebabem kupionym w budce pod blokiem, znów wyskoczyłem zapalić i spostrzegłem, że człowiek stoi tam, gdzie poprzedniego dnia.
Gdy dziś po południu zobaczyłem go znowu, coś mnie tknęło. Impuls podobny do tego, który odczuwałem kiedyś. Trochę ciekawość, trochę współczucie. A trochę wstyd, że ja mam, a on nie. Poszedłem ubrać kurtkę i buty. Wsunąłem na głowę czapkę. Potem się zawahałem, zdjąłem ją i stałem tak, pocąc się i bijąc z myślami przez dłuższą chwilę. W końcu podjąłem decyzję. Poszedłem.
Piździło niemożebnie, bo zerwał się wiatr. Miało to dobrą i złą stronę, jak większość rzeczy na tym pięknym świecie. Pozytywne było to, że przewiało trochę smród i mgłę. Powietrze było niezwykle rześkie, jak na wielkomiejskie realia. Z drugiej jednak strony wzdłuż ulicy hulał teraz huraganowy wicher, świszcząc potępieńczo między blokami. Łzy zamarzały na rogówkach, szkliwo pękało na zębach. Ludzie kulili się pod wiatami przystanków tramwajowych. Prawie pożałowałem, że wyszedłem z domu. Jednak tamten facet wciąż tam był i głupio mi było się wycofać.
Na początku trochę stchórzyłem. Minąłem go i poszedłem do żabki. Kupiłem sobie paczkę fajek, bo i tak miałem to zrobić, a potem pokręciłem się trochę między półkami udając, również sam przed sobą, że jeszcze coś mnie interesuje. Wreszcie zebrałem się na odwagę i wyszedłem.
– Pan tu na kogoś czeka? – zagadałem człowieka, przekrzykując warkot przemykających przez skrzyżowanie aut. W pierwszej chwili nie zrozumiał chyba, że mówię do niego. Stanąłem więc naprzeciwko, nachyliłem się, bo był ode mnie niższy o głowę, i zapytałem jeszcze raz:
– Przepraszam, pan tu na kogoś czeka?
Uniósł na mnie spojrzenie szklistych, szarych oczu. Wyrwany z zamyślenia, potrzebował chwili, aby zrozumieć, o co mi chodzi.
– Czekam – odparł. – Nie na kogoś, ale czekam.
– Ach… – mruknąłem, nieco zbity z tropu. Jak czeka, to czeka. Co zrobić. Odwróciłem się, aby odejść. Ale nie odszedłem. Cofnąłem się.
– Bo pan tu stoi od przedwczoraj – podjąłem. – Mieszkam w tym bloku naprzeciwko. Wychodzę na balkon na fajkę. Parę razy każdego popołudnia. No i tak sobie wychodzę i widzę, od przedwczoraj właśnie, że pan tu ciągle jest. Nie wiem, jak w nocy, pewnie wtedy nie, ale popołudniami – tak. I tak sobie, widzi pan, myślę, że przecież tak piździ, że pan tu zamarznie. Pan się nie boi, że zamarznie?
– A pan się boi, że zamarznę? – zapytał po chwili milczenia.
– No trochę się boję. W sumie nic mi do tego, niby nie moja sprawa, ale z drugiej strony – trochę moja. Bo patrzę i widzę.
Uśmiechnął się pod wielodniowym zarostem. Poklepał mnie po ramieniu. Przyznaję ze wstydem, że trochę się wzdrygnąłem na tę niespodziewaną poufałość. Bratanie brataniem, ale nie lubię być tak nagle dotykany, a już na pewno nie przez obcych facetów.
– Niech się pan nie martwi. Nie zamarznę – zapewnił.
Musiałem wyglądać co najmniej sceptycznie.
– Na noc chodzę gdzieś indziej – powiedział mało przekonująco. – A w dzień, rzeczywiście, stoję tutaj.
– Chodzi pan do jakiegoś schroniska? Wie pan, dla bezdomnych? – zapytałem.
– Nie.
– A może warto?
– Może.
Patrzył na mnie ze spokojem. Był, owszem, nieco zapuszczony i zarośnięty, ale nie wyglądał jak bezdomny. Raczej jak podróżnik, który wrócił właśnie z półrocznej, pieszej wyprawy za koło podbiegunowe i postanowił sobie – ot, tak – postać na skrzyżowaniu przez trzy doby. Dla sportu.
– Pan nie pójdzie do schroniska, prawda? – bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.
– Nie – przyznał.
– To może chociaż wejdziemy do maka na kawę?
I tak wylądowaliśmy razem na kawie. A właściwie – herbacie, bo kawy nie chciał. Nie chciał też jeść. Twierdził, że już jadł. Nie uwierzyłem mu, ale w sumie – co mi do tego. Sam zamówiłem sobie dwa cheeseburgery. Bo tanie. I bo lubię.
– Lubię cheeseburgery – powiedziałem, bo od czegoś trzeba zacząć. – Głównie dlatego, że tanie.
– Ja nie za bardzo. W ogóle za mięsem nie przepadam. Tam, skąd pochodzę, rzadko jadło się mięso. Tak mi już zostało. Chociaż czasami, wiadomo, zjem.
– A skąd pan pochodzi? – zapytałem.
– Z daleka – odparł. Przeżuwałem burgera i czekałem, aż rozwinie temat. Nie rozwinął.
– Z daleka, czyli skąd?
Siorbnął herbatę, poruszył się nerwowo na krześle. Czekałem grzecznie.
– Czy możemy się przesiąść? Wolałbym widzieć ulicę – poprosił po chwili. Zgodziłem się, oczywiście. Przesiedliśmy się blisko wyjścia. Usadowił się przodem do skrzyżowania, po czym oparł się wygodnie, wyraźnie uspokojony.
– Mieliśmy tam za to ryby. Dużo ryb – podjął, zbijając mnie nieco z tropu. Dopiero po chwili domyśliłem się, że nawiązuje do mięsnego wątku, który ja uznałem już za porzucony. – Wypływałem z ojcem łowić co rano. Ciemność pękała w oddali jasnoróżową raną, niebo oddzielało się od morza, promienie dużego słońca przeszywały świt. Takie małe dzieło stworzenia. Łowiliśmy do południa. To była ciężka robota. Marzłem jak jasna cholera i bolały mnie ręce. Ale lubiłem to, o ile pamiętam. Na pewno bardziej, niż chodzenie do lasu po opał. No, ale czasami chodziłem też po opał… – urwał, zamyślił się, potem uśmiechnął tak trochę smutno. – Szkoda. Jakbym nie chodził, to pewnie by mnie tu nie było.
Przyznam, że nie jestem za dobry w prowadzeniu rozmów z nieznajomymi. Na pewno nie jestem dobry w prowadzeniu dziwnych rozmów z nieznajomymi, a ta trochę taka była. Facet miał trochę niedzisiejszą sposób mówienia, a jego nagłe wyznanie było dla mnie nieco niekomfortowe. W takich sytuacjach bardzo pomaga, gdy można się czymś zająć, czymś, co uzasadni długie pauzy i milczenie. Dla przykładu – jedzeniem. Bardzo się cieszyłem, że zajmuję się jedzeniem. Dzięki temu cisza, która zapadła, nie wydawała się wcale niezręczna.
Facet siorbał sobie spokojnie, gapiąc się za okno. Można by pomyśleć, że zapomniał o moim istnieniu.
– No więc na co pan czeka? – zagadnąłem w końcu, gdy nie mogłem już dłużej udawać, że nadal jem.
Spojrzał na mnie, jakby się przebudził.
– No bo mówił pan, że czeka, prawda? Na co? – powtórzyłem.
– I tak mi pan nie uwierzy – powiedział cicho.
– Niech mnie pan wypróbuje.
Pociągnął mały łyczek herbaty, odstawił kubek i złożył dłonie jak do modlitwy.
– Słyszał pan kiedyś o dzieciach z Woolpit? – zapytał. Pokręciłem głową. – Albo o człowieku z Tauredu? Może o Rodolfie Fentzu, Josefie Forinie? Albo chłopcu z Lizbony czy sierotkach z Odessy?
– Nie słyszałem o nikim takim – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Przykro mi. To ważne?
– W sumie nie – rzekł. Umilkł na chwilę, ale szybko podjął wątek, pocierając skroń jakby w zakłopotaniu. – Widzi pan, to wszystko są ludzie, którzy pojawili się znikąd. Taki na przykład facet z Tauredu; przyleciał do Tokio i wylegitymował się paszportem z kraju, który nie istnieje. Josef Forin twierdził, że pochodzi z Laksarii, która również nie istnieje, a Rudolf Fentz zginął w wypadku samochodowym w Nowym Jorku na środku ruchliwego skrzyżowania, mimo że nikt nie widział, aby na nie wchodził. Po prostu, nagle tam był i natychmiast wlazł pod koła. Był jeszcze pewien facet, za czasów ZSRR, który twierdził, że jego ojczyzna to Wielka Tartraria, rozciągająca się w miejscu kilku faktycznych republik radzieckich. Łatwo zgadnąć, że szybko zgarnęło go NKWD. Byli też inni, którzy zapewniali, że są z miejsc, których nie ma. Bo przecież wszyscy wiemy, jakie miejsca są, a jakich nie ma. Prawda? – przerwał i uśmiechnął się blado. – Ale mi najbliższa jest historia dwójki dzieci, które wieśniacy znaleźli w wilczym dole pod wioską Woolpit. To w Anglii, wie pan? Dzieciaki były dziwnie ubrane i mówiły w nieznanym języku. Były też zielonkawego koloru. Chłopi zaprowadzili je do dziedzica, a ten zaopiekował się nimi. Gdy nauczyły się trochę mówić, opowiedziały, skąd się wzięły w dole. Otóż, przeszły przez jaskinię z innego świata. Tak właśnie powiedziały i choć brzmi to nieprawdopodobnie, to nikt nie mógł udowodnić, że było inaczej. Wyznały, że wlazły do jaskini po swojej stronie i zabłądziły w plątaninie podziemnych korytarzy. Potem usłyszały coś jakby dźwięk dzwonów. Podążyły więc za nimi i wyszły tam, gdzie wyszły – w dole na północy Anglii. Przypadkiem i nieświadomie znalazły przesmyk między światami.
Facet urwał i zamyślił się, a ja – cóż – naprawę cieszyłem się z cheesburgera.
Nie wiem, czy doświadczyliście kiedyś tego stanu, gdy ktoś, z kim właśnie rozmawiacie, okazuje się naprawdę – ale tak naprawdę-naprawdę – szurnięty. Kiedy uświadamiacie sobie z całą mocą, że gość jest totalnie odklejony. Mi zdarzyło się to wcześniej raz, gdy kolega z pracy ujawnił się ze swą niezachwianą wiarą w jaszczuroludzi. Pewnego dnia powiedział mi, że zna tajemnicę naszego kierownika, sympatycznego, czterdziestoletniego pana Kazia. Pomyślałem, że może podejrzał go gdzieś z kochanką lub coś w ten deseń, więc nadstawiłem z ciekawością ucha. Tymczasem on wyznał, z całkowitą powagą, że pan Kaziu jest człowiekiem-jaszczurem. Opisał jego nocne eskapady na cmentarz, podczas których rozkopuje groby i pożera zwłoki, a to wszystko za cichym przyzwoleniem władz, również zdominowanych przez jaszczurze plemię. Mówił to w zaufaniu, konfidencjonalnym tonem, ale chyba w dobrej wierze. Ot, chciał mnie ostrzec, abym miał się na baczności. Zachowałem pokerową twarz, okazałem zainteresowanie i nawet podziękowałem mu grzecznie za tę informację. A potem pobiegłem prościutko do pana Kazia i poprosiłem o przeniesienie.
Dzisiejszego popołudnia w maku poczułem się dokładnie tak samo.
– Takich przypadków jest więcej. Znacznie więcej. Te wszystkie dzieci… – podjął mężczyzna, zanim zdążyłem zareagować. – Pan wie, ile rocznie dzieci znikąd trafia na ulicę lub do domów dziecka? Są raporty UNICEF-u i krajowe, ale nikt o tym nie mówi. Nikt nie wierzy.
– A Pan wierzy? – spytałem, odzyskawszy w końcu mowę.
– Czy wierzę? Nie muszę wierzyć. Ja wiem. Sam jestem takim dzieckiem znikąd – powiedział zdecydowanie, wskazując palcem na ulicę. – O, tędy przeszedłem. Tu jest przejście. Na tym zwykłym skrzyżowaniu.
– Do innego świata? – powtórzyłem powoli, patrząc mu w oczy. Nie było w nich śladu szaleństwa i było to bardzo niepokojące. – Tutaj? Na tym skrzyżowaniu?
Facet uśmiechnął się smutno. Chyba nie do mnie, raczej do wspomnień.
– Miałem jedenaście lat. Teraz mam prawie sześćdziesiąt. Tej drogi – ponownie wskazał za okno – jeszcze nie było. Mieli ją wybudować rok później, kiedy byłem już w domu dziecka. Ale wtedy były tu tylko chaszcze. Rzadkie zagajniki. Błotniste, płytkie sadzawki, wysiąkające spod ziemi przy korycie rzeki. I ścieżka, gdzieś między nimi. Niewidoczna, ukryta, czekająca na kogoś wystarczająco nieuważnego, aby na nią wejść i wiodąca diabli wiedzą dokąd. Gdzieś indziej.
Drugi cheeseburger się skończył. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc nie odpowiadałem nic. Dojrzewała we mnie refleksja, że lepiej było jednak zostać w domu.
– Nie masz nigdy wrażenia – przeszedł nagle na ty – że jest coś więcej? Że coś skrywa się wciąż tuż za krawędzią naszego pola widzenia? Jakieś niewyraźne widmo, dostrzegane czasami kątem oka, nieostre jak sen, który właśnie zaczyna ulatywać nam z pamięci? Gdy tylko chcemy skupić na tym wzrok – wymyka się. Rozpływa. Wspomnienie, którego nie było.
– Nie wiem – odpowiedziałem. Wówczas wydawało mi się, że gram na zwłokę, jednak teraz, poniewczasie, uświadamiam sobie, że mówiłem zupełnie szczerze.
– No widzisz – uśmiechnął się smutno. – A ja wiem. Wiem, że jest. Bo tam byłem. I chcę wrócić. Przed śmiercią chcę jeszcze raz zobaczyć mój ocean. Zobaczyć, że to się wydarzyło naprawdę. Mój ojciec, matka, rodzeństwo… Że nie wyśniłem sobie tego z żalu czy wskutek jakiejś traumy po stracie rodziny. Że to było – spojrzał na mnie. Coś lśniło w tych oczach, ale nie wiem, co. – Próbowałem już wiele razy, ale teraz… Teraz wiem, kiedy otwiera się ścieżka. Rozmawiałem z ludźmi. Próbowałem po prostu o złej porze. Tym razem się uda. Wiem, że to jakoś teraz. Dlatego stoję i czekam. Żeby nie przegapić szansy. Rozumiesz? – spytał z nagłym ożywieniem. Wyciągnął do mnie rękę, jakby chciał złapać mnie za dłoń, ale nie dosięgnął, więc tylko położył ją na blacie.
Okej. Zrobiło się dziwnie. Wstałem. Chciałem po prostu wziąć kurtkę i wyjść, ale zrobiło mi się głupio tak nagle i w sumie bez powodu uciekać. Postałem więc chwilę niezdecydowany, po czym powiedziałem:
– Idę do kibla.
Pochylając się bez celu nad pisuarem zastanawiałem się, czy zostać, czy wyjść. Co za absurdalna sytuacja – siedzę w makdonaldzie z zupełnie obcym włóczęgą, który opowiada mi o podróżach między światami. Jak zareagować? Czy w ogóle mieć jakieś skrupuły? Do licha, przecież zrobiłem swoje. Nie było powodu, aby dłużej z nim siedzieć. Chce stać i marznąć w imię nie wiadomo czego, niech stoi. Niech marznie. Ostatecznie, to przecież nie moja sprawa. Prawda?
Wyszedłem z toalety i poszedłem do stolika. Faceta nie było. Nie było też mojej kurtki. W nagłym błysku zrozumienia pojąłem, że mnie nabrał. Opowiedział jakąś idiotyczną historię, a potem podpierdolił mi kurtkę. Z portfelem. Jasna cholera! Rozejrzałem się w przypływie paniki. Drzwi lokalu właśnie się zamykały. Zobaczyłem wybiegającego z nich mężczyznę. Ruszyłem za nim. Nim wypadłem na zewnątrz, on przeskoczył barierkę oddzielającą chodnik od jezdni.
– Hej, stój! – wrzasnąłem, ale mnie zignorował. Wbiegł na jezdnię. Nadjeżdżające auto odbiło gwałtowne w prawo, wpadając na pobocze. Rozległ się huk pękającego podwozia. Inni hamowali z piskiem opon przy akompaniamencie klaksonów. Facet przebiegł przez wszystkie trzy pasy, cudem unikając zmiecenia przez szarego dostawczaka, po czym wbiegł na torowisko. Nadjeżdżający tramwaj rozdzwonił się ostrzegawczo, jednak nie miał szans zahamować. Instynktownie zacisnąłem pięści, gdy huknął w włóczęgę. Mój mózg w zwolnionym tempie zarejestrował, jak bezwładne już ciało wzbija się w powietrze, zakreśla niewysoki łuk i upada ciężko na ziemię, tuż obok wciąż rozpędzonego wagonu. Szara sylwetka na szarej ziemi między torowiskiem, a jezdnią. Coś czerwonego wypływa z roztrzaskanej czaszki, rozlewa się wokół głowy, jak aureola. Może mi się tylko wydaje. W końcu stoję dość daleko.
Kurtyna.
Lecz jednak było coś jeszcze. Coś, co domaga się wypowiedzenia. Jednak jak to zrobić? Jak powiedzieć, że na krótką chwilę przed uderzeniem, w szarówce powszedniego zmierzchu, w wizgu klaksonów i huku zderzających się aut, tuż przed biegnącym mężczyzną zobaczyłem leśną ścieżkę, muskaną jasnymi smugami jakiegoś innego dnia?
Była na wyciągnięcie ręki. Prawie.