Navy Seals

Na środku przejścia dla pieszych pewien facet zamienia się w fokę, zupełnie jak w Galapagos Kurta Vonneguta, tylko szybciej. Sekundę później rozjeżdża go rozpędzona śmieciarka. Nie wygląda to dobrze – szkarłatna ameba pełznie po asfalcie pośrodku pasa jezdni, rozwleczona na długość dwóch przecznic.

Ludzie jednak wydają się niewzruszeni, jakby to ich zupełnie nie dotyczyło. Jedynie pewna chuda, drobna kobieta przystaje na chwilę, schodzi z roweru i patrzy za oddalającą się ciężarówką.

– Pani też to widziała? – podchodzę i pytam. Zwraca na mnie wspomnienie spojrzenia swych mętnych oczu. Cóż za faux pas, myślę, patrząc w źrenice przesłonięte błonami bielma.

– Naturalnie – opowiada. – Już czterdzieści lat temu, młody człowieku.

Kłaniam się niezdarnie – co nie ma żadnego sensu – po czym odchodzę. Muszę wracać do pracy, myślę. Wyszedłem tylko na lunch, a trafiłem w sam środek jakiejś dziwnej narracji.

Maszerując szybko w stronę biura, czuję subtelny powiew wilgoci. Sól morska osiada mi na skórze, nacieka wraz z potem do oczu, szczypie. Przymykam powieki. Dlatego nie widzę nadjeżdżającego z boku niebezpieczeństwa.