… czyli o Phillip K. Dicks Electric Dreams Amazona (2017), serialu science-fiction na podstawie twórczości Phillipa K. Dicka. Serialu, który odbieram jako lżejsze, mniej niepokojące, ale równie frapujące Black Mirror.
Czarne lustro prawie zawsze wywołuje u mnie niepokój, wyciska pot z dłoni i generalnie wzbudza pewien dyskomfort. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego tak je lubię. Zapewne pociąga mnie to podnoszenie do ekstremum pewnych trendów i tendencji obecnych dziś i wywodzenie z nich możliwych, koszmarnych (z dzisiejszej perspektywy) konsekwencji.
Electric Dreams ma w sobie coś z tego modus operandi. To dziewięć zupełnie niepowiązanych ze sobą, niezależnych opowieści osadzonych w bliższej lub dalszej przyszłości. To również seria trudnych pytań i nieco niepokojących odpowiedzi (albo sugestii). Jednak ciężar gatunkowy jest nieco mniejszy. O ile Czarne lustro prawie zawsze zmierza w stronę jakiejś koszmarnej konkluzji (wyłączając nieliczne epizody, jak np. San Junipero), to Electric Dreams wskazuje na frapujące, ale jakoś akceptowalne (a czasem nawet atrakcyjne) wnioski. Obracamy się tu wśród kwestii sensu istnienia, człowieczeństwa, natury rzeczywistości (czy może samych pytań o rzeczywistość, jej możliwość, warunki). Również tu niektóre odcinki skręcają wyraźnie w stronę złego snu, jak Safe and Sound czy Kill All Others, jednak większość operuje na mniej mrocznych rejestrach.
Czy bycie człowiekiem koniecznie wymaga biologicznej powłoki? Czy wirtualna rzeczywistość może być bardziej prawdziwa, niż real? Czy obcy może być bardziej ludzki, niż człowiek? Czy na pewno chcemy żyć bez cierpienia? To ta kategoria pytań. Opakowana w atrakcyjną, całkiem zacnie dopracowaną formę science-fiction. Dla nerda, jak ja – pozycja obowiązkowa.