Mitologie dzieciństwa

Znów na nartach. Tym razem w Korbielowie. Kilka dni temu spadły tony śniegu. Korony drzew uginają się pod ciężarem białych czap, puchowe zaspy przykrywają okoliczną topografię jak kołdra, a stoki pełne są barwnych narciarzy. No, może niekoniecznie pełne, bo jak zwykle celowaliśmy w rejon mniej oblegany, niż najpopularniejsze Podhale czy Karkonosze, nie mniej amatorów jednej lub dwóch dech jest całkiem sporo.

Wraz z grupą przyjaciół wynajmujemy cały dom, który dla naszej piętnastki – siedmiorga rodziców i ósemki dzieci – na tydzień stanowić będzie małą, zimową komunę.

– Który to już rok? Siódmy?! – nie dowierza M.S. podczas pierwszego wieczoru, gdy raczymy się bimberkiem przywiezionym przez K.Z. i rozmawiamy o życiu i pierdołach.

Tak, to już siódmy rok. Pierwszy raz – jeszcze beze mnie, G. i dziewczyn – był w Karpaczu, potem cztery w Zwardoniu, raz w Zawoi i teraz tu. Gdy zaczynaliśmy, nasze dziewczyny były jeszcze malutkie. A. miała trzy lata, panicznie bała się instruktora i praktycznie cały wyjazd spędziła u podnóża zwardońskiego stoku, by odblokować się dopiero ostatniego dnia. Teraz ma lat dziewięć, nadal nie należy do wytrawnych narciarzy, nie mniej jeździ na nartach na tyle, by je kontrolować, a to już coś. Natomiast T. śmiga, aż miło. Wczoraj, wraz ze mną. T., M. i dwoma wujkami wjeżdża na Halę Miziową. Najpierw jeden wyciąg krzesełkowy, potem drugi, potem nieco jazdy przez las, przeplatanej krótkimi orczykami, a potem dwa orczyki długie i strome.

Na hali jest szarobiało, zimno i mgliście. Otula nas chmura, przez którą przebija blade halo słońca. Narciarzy jest niewielu, zjeżdżamy więc głównie we własnym towarzystwie szerokim, dobrze ubitym stokiem. W międzyczasie zahaczamy o schronisko, gdzie posilamy się czymś ciepłym, a następnie ruszamy w dół szlakami, lasami i narciarskimi trasami. Widzę rumieńce i zadowolenie na twarzy T., wszyscy zresztą jesteśmy zadowoleni, bo to nieco inny rodzaj jeżdżenia, bardziej przygodowy, wędrowny. Myślę sobie, że podobnych wrażeń mogą dostarczać wycieczki na skitourach – mniej sportu, więcej wolności. Nie wykluczam, że kiedyś (raczej prędzej, niż później) tego spróbuję. Trochę nie ma już na co czekać i odkładać rzeczy na przyszłość. Wiecznie żyć przecież nie będę.

Wczoraj wieczorem gramy natomiast w Dungeons & Dragons. To znaczy: gram ja, jako mistrz gry oraz dzieci, jako drużyna. To też już tradycja. Zaczęliśmy podczas drugiej lub trzeciej zwardońskiej wyprawy, jeszcze nie z D&D, lecz z Dzikunami, a potem co roku prowadziłem dla dzieciaków jedną lub dwie sesje. Obecnie, mimo że w większości na co dzień gry role playing nie interesują ich wcale, przychodzą sami i pytają: Ej, wuja, zagramy w Lochy i Smoki? Pewnie nie potrwa to już długo, ale póki co – trwa.

Te nasze wspólne wyjazdy tą samą grupą, wspólne pomieszkiwanie i narciarskie wrażenia, wieczorne sesje RPG-ów – to coś, co buduje dla dzieci swego rodzaju mitologię. Ja nie miałem tego, choć miałem rodzinne wyjazdy na narty. Tak nauczyłem się jeździć, tak polubiłem ten rodzaj spędzania czasu. Nie mniej, o ile nie myli mnie pamięć, jeździliśmy z rodziną na narty raczej we własnym towarzystwie, bez znajomych. Pamiętam tylko jeden wypad do Czech, podczas którego byliśmy z przyjaciółmi. Nasze wyjazdy natomiast to już spora część doświadczeń dzieciństwa dla naszych córek. Mam nadzieję, że takich, które budują im jakąś pozytywną i solidną podstawę, które zakorzeniają je w świecie, dają punkt odniesienia dla wszystkich tu-i-teraz, których będą doświadczać w przyszłości, niezależnie od tego, ile dobra i ile zła ta przyszłość przyniesie.